Witajcie! Oto jest jednorozdziałowiec, który chcę kontynuować. Wersja pierwotna z 5.04.2014, czyli okresu powstawania moich blogów (i Przeszłej, ofc) zawieszanych po krótkim czasie bytu.
Autor: Kemike
Betowała: Teraźniejsza
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
~~ ROZDZIAŁ PIERWSZY ~~
To już ten czas, powoli nadchodzi jesień. Opatula swoim chłodnym wiatrem drzewa, które zaczynają tracić swoje liście. Najpierw różowią się, brązowią, by po kilku dniach opaść leciutko na ziemię. Ich żywot jest tam krótki, ponieważ zmęczeni pracownicy zagrabiają je swoimi zielonymi grabiami, żeby chociaż przydały się jako kompost dla roślin. Między szarymi blokami zwykłych ludzi trawa traci swój soczysty zielony kolor, robi się zgniłozielona, szarawa i brzydka. Nikomu nie robi to różnicy.
Jednak była osoba, która zwracała na to uwagę. Dla niej był to najpiękniejszy czas, który może zobaczyć w życiu. Wszystko zmieniało się po to, by na wiosnę, następującej po okrutnej zimie znów urosnąć, zakwitnąć. Rello, bo tak ta osoba się nazywała, był młodym, bo prawie siedemnastoletnim chłopakiem, ubranym w lekko wysłużony kobaltowy garnitur, z rozczochranymi włosami o nieco ciemniejszym kolorze. W drżącej ręce trzymał grubą, brązową teczkę. Biegł na autobus z całych swoich sił, by zdążyć do swojej szkoły, kiedy zaczął padać deszcz. W czasie jesieni zdarza się to bardzo często, zwłaszcza w jego mieście, rodzinnym Londynie. Młodzieniec potknął się o wystający krawężnik, ale nieszczególnie go to ruszyło. Przebiegł przez pasy dla pieszych, o dziwo unikając zderzenia z samochodami. Jakiś kierowca wrzasnął za nim, ale ten na to nie zważał. W domu czekały go gorsze problemy. Pogrążony w myślach dotarł na mały przystanek, na którym roiło się od ludzi. Szybko przeciskał się między nimi, by w końcu wejść do autobusu.
Usiadł na wolnym siedzeniu i kurczowo zaczął przeszukiwać swoją teczkę. Gdy wyciągnął z niej skórzany portfel, niemo odetchnął z ulgą. W tym tłumie bardzo łatwo było natknąć się na złodzieja-kieszonkowca. Po dłuższej chwili rozglądnął się w poszukiwaniu takiego człowieka, bo za chwilę mieli przejeżdżać przez tunel. Często kradzieże zdarzały się w takich miejscach, więc trzeba było zachować ostrożność.
Przycisnął do siebie aktówkę i, będąc już w całkowitych ciemnościach, usłyszał krzyk. W głowie zamigotała mu mała lampka. Czym prędzej wstał i po omacku oparł się o inne krzesło. Podążył do przodu autobusu, by po chwili poczuć przed sobą jakieś męskie ciało, śmierdzące tanimi perfumami z supermarketu. Po lekko zbudowanej sylwetce rozpoznał, że to jakiś biedny dresiarz. Obok niego stała kobieta trzymająca w dłoniach torebkę. Nie, przepraszam - tylko jej część, bo resztę trzymał mężczyzna.
- Hej, ty! Zostaw ją! - syknął Rello.
Napastnik odwrócił się, by ujrzeć swojego wroga i natychmiast został powalony na podłogę w autobusie. Chłopak wykręcał mu ręce na plecach, do tego siadając na nim. Dresiarz zaczął się wyrywać, a ten, zupełnie niewzruszony, siedział, nie pozwalając mu uciec. To już któraś taka sytuacja. Jakiś starszy pan z przodu po krótkiej chwilce zrobił sobie przechadzkę do kierowcy. Kilka minut później autobus zatrzymał się na poboczu i w polu wzroku ukazał się im prowadzący. Podszedł do nich spokojnie, a gdy tylko zobaczył leżącego, uśmiechnął się kpiąco.
- Widzę, że pan szuka bójki. Chłopcze wstań z niego i wyrzuć z autobusu. - jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a Rello, dalej trzymając ręce dresiarza, podszedł do wyjścia. Z kamiennym wyrazem twarzy kopnął go w cztery litery, aby ten wpadł w błoto. Chłopak popatrzył się na ludzi i spoczął na swoim wcześniejszym miejscu. Kiedy autobus ponownie ruszył, przysiadła się do niego kobieta, której pomógł. W świetle latarni zobaczył jej długie, rude włosy i szare oczy, patrzące na niego z wdzięcznością.
- Dziękuję za pomoc. - uśmiechnęła się do niego.
- Nie musisz mi dziękować. To mój obowiązek. - odpowiedział zimnym tonem.
- Oj, no nie bądź taki nieśmiały! Wiesz, lubię takich... - mruknęła do niego.
- Odsuń się. - warknął w jej stronę.
- Nie mów, że Ci się nie podoba. - powiedziała uwodzicielskim tonem i przesunęła dłonią po jego brzuchu. Upierdliwa baba, a chciałem tylko pomóc, przemknęło mu w myślach. Niestety, w jego kodeksie nie było pozwolenia na bicie kobiet, więc wstał, zrzucając ją z siebie i zabierając swoją brązową teczkę. Poczekał chwilę przed drzwiami i wysiadł na kolejnym przystanku.
Ruszył prosto do swojej szkoły i po chwili znalazł się w środku. W korytarzu akurat zadźwięczał dzwonek, więc ruszył pod klasę. Natknął się na swoje wielce różowe wielbicielki, które sprytnie wyminął. Dotarł wreszcie do znajomych, by razem z nimi świętować nagłe odejście ich historyczki. Przez to wydarzenie mieli dodatkową godzinę wychowawczą, na której gadali o jakichś jaszczurkach jego najlepszego przyjaciela, Alexe'go, jedzące tylko chleb.
Po jeszcze kilku lekcjach już siedział w autobusie, napastowany przez koleżanki z młodszych klas. Nie miał czasu na słuchanie o tym, jak dużo mają pieniędzy i kolorowych ubrań. Włożył sobie do uszu słuchawki i tępo wpatrywał się w obraz za szybą. Tak bardzo nie chciał teraz wracać do domu...
Dopiero pod domem uświadomił sobie, że dzisiaj jest piątek i w jak najkrótszym tempie musi przebiec przez dwa piętra, do tego tak, żeby nie zauważyli go rodzice. Niepewnie chwycił za miedzianą klamkę i spróbował wcielić swój plan w życie. Już w korytarzu oberwał butelką szklaną w twarz i został pociągnięty na ziemię za ramię przez swojego pijanego ojczyma. Ten rzucił go na sam środek salonu, a matka Rello, kompletnie zalana, zaczęła go bić kablem od żelazka, a później samym żelazkiem. Odziedziczyła swoje sadystyczne skłonności po dziadku, który wyjątkowo często wyżywał się na ludziach w więzieniu, gdzie pracował przez całe życie. Dodatkowym powodem do bicia dzieci była jej okropna praca jako sekretarka, za którą dostawała bardzo mało pieniędzy - nie mogła kupić za to swojego ulubionego piwa. Zapłakany chłopak zasłaniał twarz dłońmi, na których miał czarne rękawiczki. Ukrywały blizny przed wścibskimi oczami, których w jego szkolnym otoczeniu nie brakowało. Jeszcze ktoś mógłby podkablować, co działo się w jego domu, a to nie było im potrzebne. Już i tak mieli wystarczająco problemów.
- Nieładnie tak się spóźniać do domu! - wrzasnęła jego rodzicielka, wyrywając go z chwilowego zamyślenia, i po raz kolejny uderzyła go przewodem, tym razem w szyję. Rello nie odzywał się do nich ani słowem, bo jeszcze jego młodsza siostra mogłaby na tym ucierpieć. Nie wiadomo co mogłoby im jeszcze strzelić do głowy. Rodzice pewnie wyżywaliby się na niej, tak jak na dywanie ubłoconym wczorajszą kolacją.
- Przepraszam. To ostatni raz. - powiedział cicho.
- No ja mam nadzieję! Idź już odrabiaj lekcje, tępaku! Nie wiem, dlaczego Cię jeszcze tu trzymamy!- wykrzyczał ojciec, po czym chłopiec został siłą rzucony na schody i przy okazji kopnięty w kostkę. Ledwie wyczołgał się po schodach ze swoją ciężką teczką, gdzie zobaczył swoją siostrę całą we łzach. Siedziała oparta o jego drzwi do pokoju, a z jej brwi lała się krew.
- Nic ci nie jest, Rello? - pisnęła i natychmiast została przytulona przez swojego brata. Przynajmniej ona nie ucierpiała za bardzo.
- Nic mi nie jest. Aaki. Proszę chodź na górę, to Cię opatrzę. - powiedział z troską i chwycił małą za rączkę.
Razem wdrapali się na poddasze. Tutaj rodzice zazwyczaj nie mieli siły wchodzić, więc mógł składować tutaj większość swoich rzeczy, a także leki i opatrunki. Bardzo często zdarzało się, że z jego pokoju przez okno wylatywały różne rzeczy, więc wolał się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Posadził dziewczynkę na rozklekotanym łóżku, pamiętającym jeszcze drugą wojnę światową, a spod niego wyciągnął apteczkę. Przemył siostrzyczce ranę wodą utlenioną i nakleił tam duży, różowy plaster w misie.
- No, już. Gotowe!-uśmiechnął się do niej. Mimo tych częstych sytuacji musiał jej pokazywać, że z nim nie ma się czego bać. Nie powie jej przecież o jego ciągłym strachu przed rodzicami. Musiał udawać nieustraszonego.
- Mogę zostać na noc na poddaszu, braciszku? - spytała cichutko, a po jej zaróżowionych policzkach pociekły łzy. - Nie chcę wracać na dół, bo mama może przyjść i mnie znowu uderzyć...
- Zostań, tylko leć prędko jeszcze po piżamę. - westchnął, a Aaki szybciutko zbiegła po schodach do swojego pokoju.
Jeszcze tylko rok, powtarzał sobie w myślach. Jeszcze tylko rok i nic, ani nikt nie powstrzyma go przed tym, co się tam stanie.
*
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)