Autor: Kemike
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
~
Dobra, te części nie potrzebują bety aż tak bardzo. W miarę zaczęło mi to iść, więc wklejam bez jakichkolwiek poprawek. Jeszcze raz przypominam, że to pochodzi z 2014 roku - miałam te 13 lat. Enjoy!
~
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Miesiąc później w siedzibie…
- Kem nie obchodzi mnie to, że chcesz misję… Nigdzie do cholery nie idziesz! Jesteś zbyt ważna takie coś. Najpierw trzeba oswoić Kyuubiego i Shukaku, bo mogą wymknąć się spod kontroli. Nie pozwolę Peinowi Cię nigdzie puścić.
- Bo uda Ci się na niego wpłynąć. Jak zechcę, to pójdę. Nie zabroni mi tego. - mruknęłam do siebie. Tobi… właściwie Madara zrobił się bardzo poważny.. Opowiedział mi swoją całą historię, od początków Konohy aż do jego przybycia do Akatsuki. Jest prawdziwym Liderem Akatsuki, możecie w to nie wierzyć… Ja wierzę. Kocham go i wczoraj zdałam sobie z tego sprawę. Przez tamten tydzień próbował mnie podrywać na wszelkie sposoby. Heh, Pein nie był mu dłużny - próbował wyciągać mnie na spacery i randki. To co stało się wcześniej, było moim największym błędem.
Rudy zaczął być ostry i oschły dla mnie. Pogardzał Tobi'm jak tylko mógł, bo przed członkami kruczowłosy nie mógł mu się postawić. To, że jest Liderem wo tajemnica. A ja i tak wiem, że mój bohater nocą wybierał się do pokoju rudego. Słyszałam wtedy krzyki i trzaski. Miło. Skoro już jesteśmy w temacie naszej organizacji… Dołączyły tu dwie takie… Aki i Riff. Ta pierwsza jest żywą, chodzącą masakrą. Wprowadza tyle energii do tej zatęchłej dziury, a jak zobaczy krew, to jest jak Zetsu. Podoba jej się Hidan… Ja to widzę.
Gdy byli sami, a ja sobie stałam w drzwiach, to po prostu jej burak na twarzy dorównywał kolorem jej włosom. Padłam wtedy na ziemię w spazmach śmiechu. W sumie, Hidan też był czerwony, ale ze złości. Gonił mnie wtedy przez kilka godzin po siedzibie. Gołąbki.
Riff w sumie nie jest taka zła. Chociaż jest pół-demonem, zachowuje się raczej normalnie. Ma niezłą słabość do Kisame. Też w to na początku nie wierzyłam, ale jak zobaczyłam ich miziających się w salonie to byłam w szoku.
Obie są w organizacji na kilka miesięcy, później wyruszają na misję. Dowiedziałam się, że są szpiegami Brzasku, których kiedyś Deidara miał za zadanie wyeliminować. Współczuję, teraz ich wredota i złość skupia się na nim. Miło jest patrzeć, gdy blondyn jest cały zakrwawiony i ma kunai w zadku. „On chyba ma okres”… Ten tekst zapamiętałam z tamtego wydarzenia. Nawet Itachi się śmiał… Nic mnie chyba już nie zdziwi.
Jakże się myliłam, gdy do „naszego” pokoju wpadł rudzielec z różową farbą na twarzy. O mało co spadłam z łóżka, gdyby nie mój bohater. Tak chciało mi się śmiać, że odwróciłam się plecami od różowego i położyłam twarz na ramieniu czarnowłosego. Pewnie on go tak załatwił… Co z tego, dobrze mu tak. Teraz ja się śmieję z niego, a nie on ze mnie. Buahahahaha… ha… ha…
- Tobi ty mały gn…-nie dokończył potwór bo dostał ode mnie poduszką w twarz.
- Gh…ghahahahaha!-wybuchnęłam śmiechem. Teraz to będę mieć nieźle przerąbane. Ale… to nie on jest Liderem! Tobi, poskrom tego dzika!
Pein napiął mięśnie i skoczył na mnie przygwożdżając do ziemi. Tobi próbował zepchnąć tego goryla, a z pomocą przyszła mu Otsu, która nie wiem jakim cudem się tu znalazła. Jest! Zepchnęliśmy go! To znaczy… oni! Ten mord w oczach Pein'a, niezapomniane. Wywaliliśmy go zgodnie z pokoju i zaryglowaliśmy drzwi. na korytarzu musiało to dziwnie wyglądać, a zwłaszcza rudo-różowy wilkołak.
*
-Idziecie na misję, do jasnej cholery! Nic nie robicie, tylko rozwalacie mi siedzibę. Jak się dowiem, które z was zrobiło mi ta różową bombę na środku pokoju… Wykastruję.-I tu podniosłam mój szacowny paluszek…- Zamilcz. Idziecie po Kokuō, lepiej znanego jako pięcioogoniasty. Jest ogoniastą bestią zapieczętowana w Hanie z Iwa-gakure. Resztę cholerstwa potrzebnego do misji macie w tej teczce.-Mówiąc to podsunął mi pod nos jakieś papierzyska. Aww… Moja pierwsza misja i to z Tobim!
Wyszłam z gabinetu po tej krótkiej wymianie zdań i udałam się do własnego pokoju. Po chwili biegu pacnęłam się w czoło. Teraz mieszkam u Tobiego! Chcecie wiedzieć czemu…? Nie? I tak wam powiem.
Hidan z Deidarą założyli się o 500 yenów o to który pierwszy mnie obudzi. Najpierw padło na srebrnowłosego, który nie dał sobie rady. Chyba mnie wiadrem z wodą oblał i próbował wywalić przez okno. Mniejsza. Po jego nieudanej próbie przyszedł czas na Deidarę. Blondyn próbował wyciągnąć mi staniki z szafki. Niedoczekanie. Mam tam nałożoną blokadę, która powiadamia mnie, jeśli ktoś to otwiera. Wstałam sobie spokojnie, przeciągnęłam, a ten imbecyl mnie nawet nie zauważył. Podeszłam sobie spokojnie do niego. Szykował swoją wybuchową glinę i już miał z niej lepić, gdy mu ją wyrwałam z ręki.
Złożyłam z tego jakiegoś krokodyla, czy tam psa i w niego rzuciłam. Zdezorientowany nie wiedział co się dzieje, bo glebnął na moją podłogę. To pso-krokodylowate coś przykleiło mu się do płaszcza, więc przewróciłam łóżko na bok i schowałam się za nim. Usłyszałam wybuch i razem z moim opancerzeniem poleciałam na ścianY przebijając się przez nie. Zatrzymałam się dopiero u Sasoriemu, któremu mruknęłam „dzień dobry”.
Przeszłam przez każdy korytarzyk w ścianie mijając kolejno Itachiego z Otsu, która popatrzyła się na mnie jak na niepełnosprawną umysłowo; Kisame z Rif… czytających pornole… pomińmy… i Akate kłócącą się z blondynem. A nie, to mój pokój, wybaczcie. Boże… ten pokój… Miałam całe osmolone ściany, jednej nawet nie było. Miło, kurde.
Tak właśnie dostałam się do pokoju z Tobim. Lepiej tu, bo taka mała kanciapa. Nie trzeba dużo sprzątać…
ROZDZIAŁ DWUNASTY
-Tobi-kuuun? Kiedy dojdziemy na miejsce?-zawyłam kolejny raz dzisiaj i kolejny raz odpowiedział mi miły ton mojego towarzysza.
-Jeszcze trochę. Dzisiaj dotrzemy do opuszczonej wioski. Jeszcze kilkaset metrów.-odpowiedział po czym zaliczył glebę.-Jasna cholera…
-Coś zrobił…?-ukucnęłam obok niego. Nie mógł wstać. Popatrzyłam się na jego nogę. Była owinięta żyłką, która cały czas się zaciskała. Spróbowałam ją rozerwać, nie udało się. Pomacałam ręką dookoła i natrafiłam na dalszą część linki. Podniosłam ją i przecięłam kunaiem.
-Kto w tej okolicy zastawia pułapki na zwierzynę i to jeszcze na środku drogi?!-warknął po czym wstał. Rozejrzałam się dookoła i szybko uniknęłam shurikena prawdopodobnie wycelowanego we mnie. Po chwili z krzaków i skądś jeszcze posypały się bronie.
-Kem chodź do cholery!-Madara złapał mnie za rękę i razem pobiegliśmy czym prędzej do wioski. Jego nóżka dalej była w niemiłym stanie, robiła się coraz bardziej sina. Przekazałam mu przez dłoń trochę leczniczej czakry i zaczęło robić mu się lepiej, bo szybciej biegliśmy. Teraz byliśmy jak gepardy, nie, nawet szybciej.
Dotarliśmy w końcu do tej wioski. Musiałam wywalić bramę z zawiasów, bo się zacięła. Czekało nas niemiłe zaskoczenie. W środku było strasznie dużo trupów i porastały je jakieś niebieskie grzybki… halucynki? Gh… do tego roiło się tam od cholery robali. Prawie zwymiotowałam, gdy zobaczyłam psa z flakami wywiniętymi na zewnątrz.
-Madara załatwmy to i wypierdzielajmy stąd jak najszybciej….-aż zatkałam sobie usta ręką. Poczułam straszny odór. Zaraz zemdleję. Chyba czarnowłosy też to poczuł, bo chwycił mnie mocniej w pasie. Zaczęło się ściemniać a do tego słyszałam cały czas odgłosy pościgu.
Czym prędzej pobiegliśmy do centrum wioski. Wdepłam w jakąś kałużę syfu i krwi, więc zwymiotowałam od razu. Gh…
-Kem nie umieraj mi tu.-jęknął mój towarzysz. Popatrzyłam się na niego i oniemiałam. Miał całe ciało pokryte wysypką.-No co się tak patrzysz? Mam coś na twarzy?-mruknął i popatrzył się na ręce.-K… Tu panuje ospa.
Teraz to zauważyłam. Wszystkie ciała pokryte były chrostkami. Pein ma szczęście do zleceń, nie ma co. Chyba już wiem, czemu ta wioska nazywa się Wioską Śmierci. Nagle usłyszałam charkot. Odwróciłam się na pięcie i prawie zemdlałam. stał tam wielki, dwumetrowy ogar z trzema głowami i kulą z kolcami na końcu ogona. Z pyska leciała mu piana i kapała na ziemię.
-Madara, do cholery, rób klona!-wykrzyknęłam i to coś rzuciło się na mnie. Zdążyłam podmienić moją postać w drewno i pojawić się na szczycie jakiegoś domu. Niestety, był spróchniały przez co zawalił mi się grunt pod nogami. Rąbnęłam głową o jakąś deskę przez co nabiłam sobie guza. Rozglądnęłam się po pokoju, w którym przebywałam i tak bardzo chciałam stracić przytomność. Patrzyli się na mnie ludzie. Bladzi, wychudzeni i ubrani w stare szmaty.
-Witaj bogini Kaio! Przybyłaś uratować nas od niechybnej śmierci?-wstała jakaś kobieta i zaczęła chyba do mnie mówić.
-Em… Tak.-zrobię tym ludziom nadzieję i pokonam to chodzące gówno. Jeśli właśnie ten potwór doprowadził ich do strachu i zniszczenia wioski-nie będę mu dłużna.
Madara spróbuj zabić to coś.
Mieliśmy przyjść tylko po zwój.
Są tutaj ludzie. Potrzebują pomocy.
Jesteśmy mordercami. Nie pomagamy ludziom.
Jeśli wasz plan się wypełni, ludzie muszą i tak się podporządkować. Pomóżmy im.
Pomogłabyś mi trochę!
Chwila.
Złożyłam dłonie w pieczęcie i przywołałam wielkiego węża. Otworzył paszczę, w której znajdował się pokój. Jutsu wymyśliłam sama, przydało się na ta misję.
-Musicie mi zaufać i wejść do tego. Wyciągnę waszą wioskę stąd. Są jeszcze inni w potrzebie?-spytałam najstarsze osoby.
-Są w drugiej części wioski, ale tylko same dzieci.-powiedziała jakaś babcia. Czym prędzej wyskoczyłam przez otwór w dachu. Tutaj jest naprawdę niebezpiecznie. Nie mogli ich uratować?!
Pobiegłam szybko po dachu i skoczyłam na następny. Nagle poślizgnęłam się na dachówce i spadłam na ziemię. Kocham tą wioskę, po prostu kocham. Otrzepałam się z kurzu i teleportowałam się na koniec wioski. Wleciałam do środka jakiegoś budynku, gdzie rzekomo miały być dzieci. Były, całe brudne a niektóre zakrwawione.
Kem ospa mnie osłabia. Mogę zamienić się z Otsu?
Słyszałam ten jego błagalny głos. No tak, najpotężniejszy ninja na świecie nie ma siły. Eh…
Szybko. To coś przeniesie się na mnie i będę celem.
Usłyszałam wielki huk po czym dało się słyszeć krzyki czarnowłosej. Jej psychiczny śmiech rozniósł się po całej wiosce. Miło.
-Kage bunshin no jutsu!-wykrzyknęłam i obok mnie pojawiło się kilkadziesiąt klonów. Kilka z nich chwyciło dzieciaki, a reszta była eskortą. Gdy biegliśmy przez drogę, zagrodziło nam drogę ANBU. Nie będę się z nimi patyczkować.
-Setsujin!-wrzasnęłam i wyrzuciłam ich w powietrze. Nagle walnęłam się na ziemię pociągnięta przez żyłkę. Próbowałam odciąć ją kunaiem i shurikenem, ale nie dałam rady. Popatrzyłam się na dzieciaki, gdy jakieś z nich wybiegło, położyło rękę na lince i przecięło je nniebieską czakrą.
-Dzięki.-przyjrzałam się temu okazowi, który mi pomógł, a była nim mała, srebrnowłosa dziewczynka o fioletowych oczach. Mruknęła coś po czym usłyszałam huk. Czy Otsu nie może tego robić szybciej i ciszej?
Kazałam swojemu klonowi razem z gromadą udać się do budynku, w którym przebywają starsi. Sama pobiegłam w stronę wrzasków i huków. Otsu leżała sobie na wielkim psie i dusiła go rękoma. Co za kobieta…
-Ohayo Otsu-chan!-wrzasnęłam do niej.
-Ohayo Kemi-chan! Duszę psa, nie przeszkadzaj.-po czym warknęła na niego. Powoli się odsunęłam i teleportowałam obok węża. Wszyscy byli w środku, więc odesłałam swoje klony. Wykonałam kilka znaków i poleciłam wężowi, żeby pełzł do Iwa-gakure. Ten po prostu zapadł się pod ziemię. Dzisiaj jest naprawdę piękny dzień!
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Powoli wtaczałam się do kryjówki razem z Otsu przyczepioną do mojego ramienia. Byłyśmy głodne i spragnione, bo czy ktoś pomyślał żeby wziąść wodę? Gh… Złożyłam pieczęcie i pojawiłam się przed swoimi drzwiami, tuż obok Deidary.
-Ohayo Dei-san.-mruknęłam i wlazłam do siebie. Na łóżku leżał Tobi, był przykryty kołdrą odwrócony tyłem do mnie. Śpi leniuch. Położyłam swój plecak na szafce i poczęłam się rozpakowywać. Zajeło mi to kilka minut po czym usłyszałam stęknięce. Odwróciłam się i podeszłam do chorego. Siedział teraz przodem, więc widziałam jego bladą twarz.
-Co jest, Madara?-położyłam się obok niego.-Źle wyglądasz.-mruknęłam.
-Mam tą cholerną ospę. Idź stąd, bo się zarazisz.-wstał i udał się do łazienki.
-Nie chcę iść.-również wstałam i oparłam się o framugę drzwi. Czarnowłosy zaczął włazić do wanny. Na całym ciele miał albo białe, albo czerwone kropki. Nie wyglądało to dobrze.-Chcesz coś jeść?
-Nie, dzięki.-burknął i zanurzył się pod wodę. Po chwili mojego czekania zdałam sobie sprawę, że się nie rusza. Szybko podbiegłam i podciągnęłam do góry za ramiona, nie oddychał. Cholera. Wytachałam go z łazienki i położyłam na łóżku.
-Sasori!-wrzasnęłam na cały głos. Po sekundzie do pokoju wpadł czerwonowłosy. Zdziwił się chyba kim jest ten człowiek leżący na łóżku, ale mniejsza. Od razu wziął się za leczenie Madary.
-Coś ty mu zrobiła?!-syknął na mnie.
-Nic mu nie zrobiłam! Przestał oddychać jak wszedł do wanny.-warknęłam na niego.
-Skąd wiesz, kiedy wszedł do wanny?-jak tylko spojrzałam na jego perfidny uśmiech to miałam ochotę mu przywalić.-Nie ważne, chodź mi pomóż go leczyć.
-Nie znam nawet podstawowych technik. Jak ty sobie to wyobrażasz?
-Masz to swoje Kekkei Genkai i z tego co wiem, masz wszystkie natury chakry. Prześlij temu człowiekowi trochę swojej i może mu się polepszy.-mruknął. Jak powiedział, zaczęłam przekazywać to w małych ilościach. Działo się lepiej, Madara nagle podniósł i wypluł wodę na podłogę.
-Tobi-kun!-rzuciłam mu się na szyję.
-Hej, hej! Tylko mnie nie uduś!-westchnął wesoło i objął mnie w talii. Nagle oderwał się i zasłonił kołdrą. Jego mina była bezcenna. Przechodziła przez rozpacz, zdenerwowanie, wesołość a na końcu w wielki uśmiech.-Sasori wyjdź. Chcę poromansować.-z bananem na twarzy popatrzył się na minę lalkarza. Drewniak wyszedł, po czym zostaliśmy sami.
-Zróbmy sobie karaoke!-wykrzyknęłam na cały głos podnosząc się z łóżka.
-Zwariowałaś? Przecież Pein nas zabije.-westchnął mój towarzysz.
-No co ty! Jego też wplączemy!-powiedziałam z uśmiechem. Czarnowłosy podchwycił mój pomysł i razem wybiegliśmy z pokoju. Minęliśmy Itachiego, który ze zdziwieniem na twarzy przyglądnął się Tobiemu.
Madara, maska!
Oj tam. Nie ma co ukrywać mojej tosżamości.
Zaśmiałam się w duchu. Nie na co dzień widzi się stuletniego człowieka, a do tego wielkiego Uchihę. Kopnęłam drzwi i wbiegłam z Tobim do gabinetu Peina. Jego mina wyrażała spokój, aż za bardzo.
-Pein-sama! Urządzimy karaoke!-wykrzyknął mój towarzysz.
-Rób co chcesz, ty tu jesteś liderem.-mruknął wstając z krzesła. Stanął naprzeciwko mojego wybrańca i z tym stoickim spokojem popatrzył się mu w oczy.
-Rudy spokojnie. Zostajesz na swoim stanowisku.
-A dlaczego? Paradujesz bez maski, widziało Cię parę osób. Możesz nim zostać.-warknął.
-Widzę, że posadka Ci się nie podoba, ale nie masz nic do gadania.-uśmiechnął się czarnowłosy. Chwycił mnie za rękę i wyszliśmy w stronę salonu. Gdy tylko weszliśmy, Madara musiał odbić kilka shurikenów.
-Co tak źle nastawieni?-mruknął patrząc na kamienną twarz Kisame, Deidary i Hidana.
-Kim jesteś?-warknął niebieski.
-Madara Uchiha we własnej osobie.-zaśmiał się.
-On nie żyje.-warknął blondas. Nie lubię tego idioty. Same problemy z nim… gh…
-Mówi prawdę.-do pokoju wszedł rudy.-Do tego jest prawdziwym Liderem Akatsuki. Tobiego już nie ma.-uśmiechnął się słabo.
-Żartujesz sobie?-zdziwił się białowłosy.
-Nie.
Musiałam wtrącić swoje cztery litery, żeby rozluźnić tą atmosferę.
-Robimy karaoke!-pisnęłam.
-Pein przekaż wszystkim wiadomość. To będzie niezłe… hahaha…
*
Na pierwszy ogień poszłam ja. Po prostu zabiję Madarę za to, że kazał mi wyjść. Jeszcze do tego klepnął mnie w tyłek. Chwyciłam za mikrofon a w tle zabrzmiała muzyka. No to zaczynamy.
Gdy tylko zeszłam ze sceny na sali rozbrzmiewały oklaski. Nie patrząc na nikogo, usiadłam Madarze na kolanach. Chyba jest zadowolony, bo przyciągnął mnie do siebie i mruczał do ucha. On naprawdę jest niewyżyty.
Kolejnym niewolnikiem był Deidara. Jego mina była komiczna. Był wnerwiony tym wszystkim. Gdy zaczął wyć do mikrofonu-myślałam, że zginę ze śmiechu.
Następnymi osobnikami byli Hidan i Kakuzu. Nie wiem, jakim cudem zmusili zamaskowanego, ale śpiewał świetnie.
Sasori był zaraz po nich i zaśpiewał nam swoją ulubioną piosenkę.
Ghahaha. Razem z Madarą pokładaliśmy się ze śmiechu. Naprawdę dobry miałam pomysł z tym karaoke! Następnie wystąpił wszystkim znany Pein. Jemu chyba nie było do śmiechu, ale co nas to obchodzi.
O matko, spadłam z krzesła. Nie wiedziałam, że rudy umie tak tobrze śpiewać! Kiedy zlazł z podwyższenia-Konan od razu rzuciła mu się na szyję. Zrobiło mi się trochę smutno, ale mam mojego czarnowłosego.
Tym razem wypchnęłam na scenę Kisame. Zaśpiewał nam swoją jakże piękną piosenkę o rybach.
Riff wzdychała do tego niebieskiego czegoś na scenie. Korzystając z tego, Tobi wepchnął ją obok Kisamcia. Przechwyciła mikrofon i zaczęła wyć.
-Mój boże. Weźcie to stąd!-wrzasnęła Akate, razem z Otsu rzuciły się na nich i wyrwały „małe pudełko do którego się śpiewa”.
Został nam tylko Tobi, bo Itachi się gdzieś ulotnił. Popatrzyłam się na niego i chwyciłam za fraki. Wyrywał się skubany. Rzuciłam go na scenę i podałam kartkę z tekstem. Mało ochoczo ją chwycił i zaczął śpiewać.
Jaki on jest utalentowany! Idealny materiał na męża! I z tą myślą zasnęłam na krześle.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Obudziłam się dzisiaj z lekkim bólem głowy. No tak, to śpiewanie dało mi się we znaki. Nigdy więcej.
Zwlekłam się z łóżka i na samym początku zaliczyłam glebę. Popatrzyłam się pod siebie i zobaczyłam Madarę śpiącego na ziemi, do tego ubranym w bluzę z misiami. Tak, to jest poważny morderca. Nawet się nie obudził… Muszę zapamiętać, że na misjach to ja staję na warcie.
Spróbowałam się jakoś doczołgać do łazienki. Doczołgać, bo czarnowłosy podczas snu przyczepił się do mojej nogi i nie chciał puścić. Jak trzepnęłam nogą, to jeszcze bardziej się przytulał. Przywlokłam go pod umywalkę, wzięłam wodę z kranu do kubka i oblałam mu łeb.
-Co ty robisz?!-odskoczył jak poparzony i przez przypadek wpadł do wanny. Nie ma co, dobraliśmy się genialnie.
-Budzę Cię, misiaczku.-mruknęłam i nagle shuriken wbił mi się w rękę.-Co do cholery…-warknęłam i rzuciłam się na towarzysza. Zasłoniłam nas zasłoną i wyrwałam broń z rany.
-Ostra jesteś.-stwierdził i wpił się w moje usta. Odepchnęłam go i wyskoczyłam z wanny. Na bosaka wybiegłam przez drzwi i zauważyłam czuprynę, która mignęła za rogiem. Szybko pobiegłam za nią i wpadłam w genjutsu.
-Kai!-wrzasnęłam i zauważyłam Sasuke. Rzuciłam się na niego z pięściami i rozwaliłam ścianę. Miło, będę musiała to naprawić.
-Co ty robisz, głupi pedale?!-wydarłam się na niego. Ten bez odpowiedzi rzucił się na mnie z kataną. Gdyby nie Setsujin, pewnie bym się nie obroniła. Spróbowałam użyć jakiegoś jutsu, ale mi to nie działa! Próbowałam jeszcze kilka razy, unikając kolejnych uderzeń kruczowłosego. Jak na zawołanie za rogiem pojawił się Madara i podciął młodego Uchihę. Chyba się tego nie spodziewał, bo zarył zębami w ziemię.
Nie mam chakry czy jak?! Muszę spróbować czegoś nowego… Skupiłam się i pojawiłam w wielkim, ciemnym pomieszczeniu. Stałam naprzeciw wielkiej, żelaznej kraty patrząc Kyuubiemu w oczy. Za nim stał Shukaku z odwróconym gdzieś wzrokiem.
- Co tu robisz, mała?-warknął Kurama.
- Nie mogę używać chakry.-mruknęłam w odpowiedzi.
- Hahaha. Shu, dobrze jednak zrobiłeś.
- Co to ma znaczyć?-zmrużyłam gniewnie oczy.
- Zablokowaliśmy Ci przepływ energii.-zaśmiał się lis. Zabiję gnoja.
- Odblokuj go!-wrzasnęłam.
- Nie, coś za coś.-pisnął Shukaku.
- Stawiasz mi warunki?!
- Oczywiście, jesteśmy Twoimi demonami. Należy nam się coś.
- Czego chcecie?
- Twojej duszy. Hahaha, jasne że nie tego.
- To czego?!-warknęłam wnerwiona.
- Swoboda, kotku. Zdejmij tą pieczęć tu.-podniósł łapę i wskazał na jakąś gigantyczną naklejkę.
- Chcecie się wyrwać, tak?
- Gdy tylko ją zdejmiesz, odblokujemy Ci cały przepływ.
- Daj mi ociupinkę chakry.-mruknęłam i po jej otrzymaniu podskoczyłam, uwiesiłam się na niej i ściągałam w dół. Nagle poczułam wielkie uderzenie i leżałam na przeciwległej ścianie.
- Myślałaś, że damy się tak łatwo?! Nigdy!-wrzasnął lis i wyszedł swoją łapą za kratę. Zabiję, po prostu.
- Styl Piekła: Uderzenie!-warknęłam i obok mnie pojawiły się wielkie łańcuchy. W tej chwili Sukaku walnął mnie ogonem. Pod tym oporem złączyłam ręce w technikę, a łańcuchy pomknęły ku nim. Teleportowałam się obok i zauważyłam, że nigdzie nie ma Kyuubiego! Jasna cholera wydostał się?! W tejże chwili poczułam wielki napór i zostałam wgnieciona w ziemię. To lis…
- Jeszcze żyjesz?! jesteś tylko bezwartościowym ścierwem…
- …które was pokona!-wykrzyknęłam trzymając się za złamane żebra. Złączyłam ręce w technikę, przez którą mogłam zginąć. I tak pewnie nie przeżyję, a demony się uwolnią.-Teleportacja międzywymiarowa!
Pojawiłam się w świecie Shinigami. Pachniało tu stęchlizną i totalnym syfem. Zauważyłam tam niejakiego Ryuuku, który zapisywał coś w swoim notesie. Podeszłam do niego i przestraszyłam się jego wyglądem. Był cały chudy, miał czarne skrzydła i wyłupiaste oczy.
-Shinigami przybywam tutaj z wielką prośbą. Potrzebuję twojego notesu i oczu.-mruknęłam.
-Kilka dni temu sprzedałaś swoją duszę na targu za nieśmiertelność. Naiwni idioci.-mruknął i odwrócił się do mnie.
-Przyjmujesz ta propozycję?-warknęłam zniecierpliwiona.
-Co z tego będę miał?-mruknął.
-Skoro jestem nieśmiertelna, ty też będziesz. Żadnych dusz nie będziesz potrzebował. Wygoda i spokój.-kusiłam go, na co uśmiechnął się.
-Przyjmuję.-podał mi swój notes i przebiegliśmy przez portal.
- Patrz, wróciła.-warknął Kurama po czym rzucił się na mnie. Otworzyłam notes i… zauważyłam, że nie mam niczego do pisania. Spróbowałam podbiec do jakiejś skały, ale Shukaku mi to uniemożliwiał. Ugryzłam się w palec i zapisałam krwią imię Kyuubiego. Miejmy nadzieję, że to działa na demony!
Jestem taka wdzięczna Peinowi za tą technikę teleportacji! Nagle noga lisa zaczęła się kurczyć i rozpadać na małe kawałeczki. Jestem geniuszem.
- Coś ty mi zrobiła, tępa idiotko?!-wydarł się Kyuubi, a z pomocą mu ruszył Shukaku. Próbował mnie zabić kulą chakry, ale udało mi się na czas wpisać jego imię do Notesu Śmierci. Teraz pozostaje mi opuścić to miejsce…
*
Poczułam, że ktoś mną gwałtownie wstrząsa. Tą osobą był zakrwawiony Madara, któremu łzy spływały po policzkach. Znajdowałam się w sali z białymi ścianami i oczojebnym sufitem. Popatrzyłam się na Uchihę i od razu zostałam przygwożdżona do jednej ze ścian.
-Ty mała cholero, martwiłem się.-mruknął.
-Nic mi nie jest.-uśmiechnęłam się.
-Coś ty robiła?!-warknął.
-Ja? Nic!-mruknęłam i wyjęłam z kieszeni Notes Śmierci. Madara patrzył się na niego, to na mnie. Powiedziałam mu co się wydarzyło, a ten po prostu mnie przytulił.
-Ja to mam szczęście do kobiet.-powiedział mój wybawiciel i wyciągnął mnie z tego pokoju. idąc korytarzem oglądałam naszą nową farbę. Czerwona. Tylko w niektórych miejscach prześwitywał wcześniejszy jasny brąz.
-Co się stało?-spytałam cicho.
-Saske i towarzysze zrobili mi tu rozpierduchę. Znowu się przenosimy.-mruknął i teleportowaliśmy się do nowej siedziby. Były tu wszystkie nowe, jak i stare rzeczy.
-Mamy tu salę treningową?
-Jasne.
-Chodź! Idziemy ćwiczyć!
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
- Deidara, ty nędzna kanalio! Wracaj mi tutaj, ale już! Kurde no, nie wymachuj tym!-wrzeszczałam na tą głupią pędzącą blondynkę uciekającą z moim stanikiem.
- Wygrałem zakład! Hahaha!-wrzasnął owy człowiek i wbiegł do salonu.
- Gówno mnie to obchodzi! Oddawaj mi to!-rzuciłam w niego kamieniem owcześnie wyciągając go zza pleców. Zabiję gnoja… Dostał!
- Kem nie zabijaj go!-pisnęła Otsu wybiegająca z jadalni. No tak, wierna przyjaciółka tego imbecyla.
- A czemuż to?-warknęłam z nerwowym tikiem, wyrywając Deidarze mój stanik.
- Bo potrzebny jest do pieczętowania demonów!-i tutaj spotkała straszny wzrok blondyna.
- He… To ja was zostawiam! Ciao!-teleportowałam się do wspólnego pokoju, który dzielę z Madarą. Pisnęłam i zasłoniłam oczy, widząc… coś czego nie powinnam.
- Weź nie łaź goły po pokoju, bo mi gały zwiędną!
- A może ja lubię?!-zaśmiał się i wszedł do łazienki.
- Już mogę?-spytałam cicho.
- Ta.
Wzięłam ręce z twarzy i podeszłam do szafki. Wsadziłam tam to, co Deidara próbował mi zabrać. Imbecyl jeden. Wygrzebałam stamtąd moją komórkę. Natychmiast przypomniałam sobie o mojej rodzinie i jak znalazłam się w tym świecie. Zrobiło mi się trochę smutno, ale tutaj mam o wiele lepsze życie. Nie ma upierdliwych rodziców… mam przyjaciół… A nasz Tobiasz chyba wyczuł, że jest mi lekko smutno, więc przytulił mnie i przyciągnął do siebie.
- Kemi-chan nie smuta! Tobi pocieszy!-krzyknął tym swoim słodkim głosikiem.
- Nie wyj mi do ucha.-zaśmiałam się.
- Hai Kemi-chan! Idę sobie coś zrobić do jedzenia. Idziesz ze mną?
- A idę!-chwyciłam go za rączkę i teleportowałam się do pomieszczenia jadalnego. Podskoczyłam do lodówki i wyciągnęłam z niej jajka i masło.
- Co ciekawego robisz?-spytał Hidek wchodząc do kuchni.
- Jajecznicę.-mruknęłam.-Chcesz trochę?
- Chyba wolę nie narażać mojego żołądka…
- Okej.
Kem do mnie, już!
Czego chcesz, ruda małpo?
Zamknij się, bo przyjebię Ci patelnią.
Możesz sobie pomarzyć, wiewiórko.
Od dzisiaj czyścisz siedzibę.
Chyba Cię ta twoja Konan nie pomiziała.
Przymknij się.
Już lecę, małpko!
Wrzasnęłam ostatnie zdanie w myślach i teleportowałam się do jego sypialni. Aw… Nie tu! Otworzyłam drewniane drzwi i wlazłam do gabinetu. Na wejściu oberwałam książką w grubej oprawie. Zapewne była to Encyklopedia, ale nie udało mi się tego sprawdzić.
- Zaczynając od początku… Masz wchodzić TYMI drzwiami-pokazał na nie swoim tłustym paluchem- a nie przez sypialnię!
- Wybacz, moja orientacja w terenie jest zabójczo przystojna i nie nadąża.-syknęłam mu w twarz.
- Tez Cię kocham.-zignorował moją wypowiedź. Łajza.
- Bez wzajemności, rudy.
- Śmieszna jesteś.
- Zamknij paszczę.-warknęłam do niego.
- Oj, jednak nie byłaś taka wredna, gdy wepchnęłaś mi się do łóżka.
Zabiję tego idiotę. Walić organizację. Mam gdzieś wszystkich, zabiję…
- Setsujin!-wydarłam się na cały głos i rzuciłam Peinem w górę. Chyba nad nami były skały, bo wyrąbał taki wielki otwór i oberwałam kłębkiem trawy. Mówiłam, że mieszkamy pod ziemią?
- I kto tu jest górą?!-wrzasnęłam.
- Dalej ja, koteczku.-w otworze ukazała mi się ruda czupryna.
- Chyba śnisz!-skumulowałam chakrę w stopach i wyskoczyłam na górę. Od razu zostałam zaatakowana klonami rudego. Unikałam ich jak tylko się dało, ale i tak wywaliłam się kilka razy. Ten bakłażan nawalał we mnie swoim Shinra Tensei i cały czas się teleportował. Nie będę się tak bawić… Wyciągnęłam zza pleców kochany Notes śmierci i nabazgrałam krwią imię Peina. Z tego co wiem, to ma na nazwisko Fuuma. Unik. Jeszcze 40 sekund! Rzuciłam Ryukowi notes, który nie wiem z jakiej sosny się tu wziął, i kazałam mu spadać.
- Jak to, nie chcesz go już?-spytał z tym swoim rozdziawionym uśmiechem.
- Nie, tyle mi wystarczy.-wrzasnęłam.- Jasna cholera, czemu ten zeszyt nie działa?! Skoro tak… Suiton: Wodna ściana!
To jutsu uchroniło większą część mojego ciała przed poparzeniami. Skąd ten dupek zna techniki ognia?!
- Coś Ci nie wychodzi ta walka.-prychnął.
- Hyoton: Lodowe Kryształy!
Z mojego ciała wyleciały miliony, jeśli nie miliardy małych, lodowych igiełek i poleciały w stronę Rudego. Poruszał się z szybkością… rudego, po prostu.
- Shinra Tensei!
Gh… Nie lubię leżeć na drzewie, naprawdę… Unik. Ej, Ten cep rzuca we mnie kamieniami! To nie fair! Zrobiłam kolejny unik, tym razem przed wielkimi skałami. Skoczyłam po jednym, gdy był jeszcze w powietrzu i znalazłam się przy wiewiórce. Spróbowałam go podciąć, lecz zablokował mój cios ręką. To był błąd. Dostał z kolana prościutko między nogi. Szybko teleportowałam się do jakiejś wyrwy w ziemi.
- Zginiesz, kurwa, zginiesz!-wrzasnął do mnie, po policzkach spływały mu łzy.
To będzie ciekawe, zginę z jego rąk. Zrobiłam uniki przed deszczem kunai i shurikenów. Przed jednym się nie osłoniłam… Dostałam nim prosto w oko. Teraz to po mojej twarzy leciała krew, szkarłatna jak nigdy. Zakręciło mi się w głowie i szczerze znienawidziłam tego człowieka.
- Boże, przepraszam! Kem odezwij się!-ten dureń chwycił mnie za ramiona i natychmiast zebrała się we mnie furia. Odepchnęłam go od siebie. Z mojego ciała zaczęła wypływać jakaś czerwona chakra. Wyrosły mi dwa ogony, każdy był innego koloru. Już prawie nie kontaktowałam ze światem. Nieświadomie zaczęłam wykonywać jakieś techniki. Tak mi przykro…
*
Po cholerę ją wnerwiłem?! Teraz muszę ruszać tyłek z nieistniejącego już lasu. Na dodatek obok mnie pojawił się Madara. Czego ten idiota tu chce?!
- Hej rudy kociaku.-syknął mi do ucha. Jak na złość zrobiło mi się gorąco i chciałem się do niego przytulić. Gr…
- Hej… Pomóż mi ujarzmić Twoją… kochankę.-wypaliłem. Popatrzył się na mnie tym swoim Sharinganem i zostaliśmy odrzuceni na kilkaset metrów. Cholera, potrzeba mi jakiejś dobrej pieczęci!
- Te, Mada-kun! Powstrzymaj ją jakoś!-warknąłem do niego, chyba miał mnie w dupie.
- A co, nie radzisz sobie?!-krzyknął i ruszył do przodu. Idąc jego śladem teleportowałem się obok Kem i natychmiast oberwałem ogonem. Porusza się szybciej niż ja… Tylko takie wytłumaczenie miałem w tej chwili. Czarnowłosy rzucił mi jakiś łańcuch pochłaniający chakrę. Chwyciłem go na żelazny pręt i rzuciłem się do przodu. Spróbowałem opleść brązowłosej go wokół brzucha ale, tak jak mówiłem, nie da się do siebie zbliżyć. Nawet tego debila nie ruszyła. Stał, jak stał no.
- Nie zbliżymy się do niej w ten sposób!-krzyknąłem do niego. Nawet mnie nie słucha! Mruczy tam coś do siebie… Dekiel.
- Wiesz co, Pein? Idę po resztę.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
- Yoton: Wulkan!
Od kilku godzin na polu bitwy przed siedzibą Akatsuki toczyła się walka. Dotychczas brązowowłosa, miła dziewczynka zamieniona w różowowłosego potwora. Miotała się na wszystkie strony, skutecznie atakując, jak i odpychając pozostałych członków organizacji, w której się znajdowali. Nie robiły jej nic ich ataki. Szarpała ich ciała, prócz jednego osobnika. Cały czas nie miał ani jednej rysy na ciele, jakby nie chciała go zranić.
- Yoton: Mgliste płomienie!
Z jej ust wylewały się rzeki lawy, walczyła zaciekle niczym kotka ze swoją ofiarą. Powoli traciła na siłach, jak i reszta. Niektórzy, już nieźle poturbowani, zostali leczeni przez czarnowłosą Otsu i Akate. Bały się jej, cholernie się bały tego potwora. Nieraz już widziały demony, ale nigdy w takiej postaci.
Jedynie Madara niczym się nie przejmował i walczył z różowowłosą. Jego ciało regenerowało się niesamowicie szybko przez wielkie pokłady chakry. Używał jedynie technik ognia i swojego Sharingana przeciwko jej... Setsujin? Nie, to już nie było to. Połączone z chakrą demonów tworzyło coś na rodzaj... czerwonych oczu z dziwną pieczęcią zamiast źrenicy.
- Kori: Lodowe igły!
Kolejny wrzask bólu rozniósł się po okolicy. Kakuzu dyszał ciężko, przytwierdzony do ziemi. Nie mógł poruszyć ani jedną kończyną, przez co był niesamowicie narażony na atak ze strony czerwonookiej. Mogła zakończyć jego cierpienie w jednej sekundzie, co dla niego byłoby w tej sytuacji bardzo opłacalne. Oberwał igłami w akurat najbardziej ukrwionych miejscach. Podbiegła do niego czerwonowłosa i odciągnęła go gdzieś na bok. Podwinęła mu koszulkę i zaczęła leczyć zieloną chakrą. Był jej za to niesamowicie wdzięczny, pomimo tego, że kiedyś jej nienawidził z całego serca. Teraz dla niego młodsza, kochana siostra.
- Yoton: Tornado!
Z ziemi zaczęła sączyć się lawa. Pośrodku małego, wcześniej powstałego jeziorka wytworzył się porywisty wiatr unosząc ze sobą pojedyncze krople, które powoli przeradzały się w rzeki pnące do góry. To zjawisko leciało właśnie na Sasoriego, ukrytego w swojej Hiruko. Chłopak teleportował się dalej, w sam środek pola walki. Jego marionetka została zmiażdżona przez ogon różowowłosej. Nie przejęła się tym, a biedny czerwonowłosy zacząłby płakać, gdyby nie to, że nie ma w swoim ciele wody. Wstał i uciekł przed shurikenami. Nie miał tu już nic do roboty, więc zwiał i uchronił się obok Otsu, po której policzkach leciały ciurkiem łzy. Przytulił ją i bez słowa teleportowali się do środka siedziby.
Pobiegli jednym z najbardziej krętych korytarzy, w same lochy. Po dłuższej chwili znajdowali się już na najniższym pomieszczeniu, w którym trudno było im oddychać. Powietrze było bardzo gęste i na dodatek śmierdziało tu krwią. Sasori otworzył jedną z cel, w której siedziała mała, fioletowowłosa dziewczynka. Wziął ją na ręce i wszyscy wybiegali po schodach w górę. Miejmy nadzieję, że to zadziała...
*
Okropnie boli mnie głowa. Zaraz... Co się tutaj dzieje?! Sasori leży pod skałą, obok niego jakieś zakrwawione coś... Kakuzu zszywa swoją nogę i wszyscy na mnie nacierają... Co im zrobiłam?! Spróbuję to powstrzymać... Skupienie... Matko, jakiś ogon zniknął! To na pewno ja?! Rękami chwyciłam się ziemi, żeby samowolnie nie poruszać się bez kontroli. Marnie mi to wychodziło, ale przynajmniej teraz mnie nie bili.Nie potrafiłam dokładnie rozpoznać twarzy, ale zobaczyłam te czarne włosy i od razu pohamowałam swoją chakrę. Według nich najpierw zniknęły ogony, później chakra, a na końcu osunęłam się w ramiona Madary.
Patrzył się na mnie, jak na potwora. Chyba nie pomyślał, że zepsuję mu plan Księżycowego Oka. Może myślał, że o nim nie wiem? Dokładniej dowiedziałam się o tym od Peina. Podczas walki przesyłał mi krótkie wiadomości, w tych bliższych starciach. Niesamowicie mnie wtedy to wkurzyło i zarzekłam się, że zabiję tego tępego idiotę. Na razie muszę wytrzymać, żeby w najgorszej chwili życia tego durnia, pokazać mu prawdziwego Boga przyszłego świata.
Gh... Pomimo tego, że muszę to zrobić - dalej go cholernie kocham. jestem masochistką...
- Kem, Kemiś, Kemaju halo...! Popatrz się na mnie, no tak, na mnie! Nie odchodź w zaświaty bo nie będę miał kogo przytulać!-srebrnowłosy klepał mnie lekko po policzku, a Madara patrzył na niego z politowaniem. Skurwysyn. Pein chyba usłyszał ta myśl, bo zaśmiał się cicho.
- Już wstaję.-mruknęłam i z cichym sykiem podniosłam się, lekko stając na nogach. Popatrzyłam na twarz każdego z nich i zerwałam się w bieg. Biegłam przed siebie, byle jak najdalej od nich. Zrobiłam klona żeby ich zaatakował w miarę możliwości. Nie był jednak potrzebny, bo wszyscy wpatrywali się we mnie zamiast mnie gonić. Wszyscy, prócz Peina, który truchtał równolegle obok mnie.
- Co zamierzasz?-spytał lekko rozbawiony, a mnie wcale nie było do śmiechu.
- Lecę do SPA, wiesz?-warknęłam.
- Idę z Tobą. Na ile miesięcy znikamy?
- Dwa. Ruszaj dupę, bo się spóźnimy!
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
- Kem do jasnej cholery rusz dupę! Nie płacę Ci za to, że siedzisz na kawałku drewna!-wrzeszczał Pein.
- Ty mi w ogóle nie płacisz!-westchnęła różowowłosa dziewczyna, siedząca na pieńku.
- Co nie zmienia faktu, że musimy iść dalej. Twój kochanek pewnie się zamartwia.-syknął na nią.
- Baka! Ja go nie kocham!-dziewczyna stała i skoczyła na drzewo.- Idziesz?
- Hai, hai.
*
- Danna, un! Wskocz na to!-krzyknął blondyn, niejaki Deidara.
- Nie mam zamiaru. Twoja sztuka to gniot, nie równa się z moją.-odpyskował jakiś karzeł.
- Ruszcie swoje szanowne zadki i lećcie ich szukać!-wydarł się na nich wysoki, czarnowłosy chłopak o przerażającym spojrzeniu. Był zły, nie... to za lekkie słowo. Był najbardziej znerwicowanym na świecie człowiekiem, któremu nic się nie układało. Nie potrafił złapać wszystkich demonów, które potrzebne mu były do planu Księżycowego Oka, ale o tym później.
- Doshite my, Madara-sensei?!
- Bo Hidan i Kakuzu są powolni, a Itachi z Kisame wyruszyli na misję. Już, szybciej!-warknął na karła, który wskoczył na transport będący wielkim, glinianym ptakiem. Powoli wznieśli się w przestworza i ruszyli na swoją ważną misję.
*
- Psst! Pein, coś się zbliża!-szepnęła czerwonooka dziewczyna. Chwyciła wcześniej wymienionego człowieka za koszulkę i wciągnęła w krzaki. Oczywiście musiała się potknąć i wylądowała na nim.
- Wiedziałem, że na mnie lecisz!-uśmiechnął się do niej zadziornie, na co pokiwała ze znudzeniem głową.
- Tak, tak. Masz rację, a teraz bier nogi za pas. Po tym treningu dalej nie zregenerowała mi się chakra.-syknęła i ukucnęła obok.
- Przecież minęły dwa dni... Musiałaś sobie uszkodzić jakiś receptor w oczach, bo innego wyjścia nie widzę. Jak na razie będę Cię bronić, a ty spróbuj to odblokować.-mruknął jakby do siebie, bo dziewczyna była skupiona na dwóch postaciach, lądujących na polanie niedaleko nich.
- Jasne, jasne. Wmawiaj sobie, a ja idę walczyć.-warknęła i wybiegła z zarośli, wyciągając katanę. Bardzo szybko zbliżała się do tamtych postaci, podczas gdy oni przygotowywali się do walki. Blondwłosy chłopak miętosił swoją glinę w dłoniach, by za chwilę jego twory mogły dać swój pokaz. Natomiast karzeł stał jak stał i choć nie było tego widać, był cholernie zdenerwowany.
Czerwonooka powoli zbliżała się do dwójki, a widząc kim są, schowała katanę i zatrzymała się, by po chwili rzucić się blondynowi na szyję.
- Dei-kun! Co tutaj robicie?
- Przylecieliśmy po Was, un. Madara... Lider Was oczekuje, un.
- Pein-san! Chodź tutaj!-wrzasnęła dziewczyna w stronę lasu.
- Idę, idę już.-mruknął rudowłosy powoli wyłaniając się zza drzewa.
- Czemu uciekliście, durnie?!-Sasori wyszedł ze swojej kukły i trzasnął różową po głowie.
- Doshite?!-pisnęła.
- Sasori ty wiesz o co chodzi. Powiedziałeś o tym reszcie?-spytał rudowłosy.
- Jasne. Madara się niczego nie spodziewa, reszta wie.
- To kiedy zaczniemy mu rozwalać życie?-wysyczał podekscytowany blondyn.
- Jeszcze nie teraz. To będzie zbyt podejrzane, musimy na razie zachowywać się normalnie. Nie możemy wzbudzić podejrzeń.
- Pein jest jeszcze jeden sposób na to wszystko!-wtrąciła czerwonooka swoje trzy grosze.
- Co chcesz zrobić?
- Mogę wyczyścić mu pamięć!-z zacieszem na twarzy uwiesiła mu się na ramieniu.
- O nie, nie, nie. Z tego co pamiętam to kosztem tego jest Twoje ciało. Nie, nie zgadzam się.-warknął, na co odsunęła się od niego i usiadła na ziemi.
- Baka, znajdziemy Orochimaru, który mi zrobi transplantację ciała!
- No chyba Cię do reszty powaliło. Nic z tego, zostajemy przy pierwszej wersji, a jeśli się nie powiedzie to MOŻE spróbujemy z Twoim pomysłem. Zabijemy tego idiotę.-syknął i odwrócił się w drogę powrotną. Szkoda tylko, że nie zobaczył tej jednej samotnej łzy spływającej po jej policzku.
*
Powoli wczołgałam się do naszej kryjówki. Na wejściu czekał na mnie Madara podkrążonymi oczkami. Nie mogę uwierzyć, że chce mnie zabić... Nie zrobiłby mi tego, prawda? Przecież mnie kocha...
- Kem ty mała cholero! Nawet nie wiesz, jak się martwiłem!
Rzuciłam się w jego ramiona. Pachniał słodkimi truskawkami, aż zakręciło mi się w głowie.
- Reszta już wróciła?-spytałam milutko. Jednak wolę wyciągnąć mu jego chory plan z głowy, niż go zabijać.
- Ta, poszli do kuchni. A ty idź się prześpij... Już wszystko wiem.
Nie ma co czekać. Ruszyłam swoje troki w stronę naszego pokoju. Weszłam do niego i patrzyłam się na kurz porastający szafki. W sumie nie robiło mi to różnicy, więc wlazłam do łazienki i porządnie się wykąpałam. Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni kunai i przetwornik chakry od Peina. Zabrałam mu, gdy nie patrzył. Przy mnie się takich rzeczy nie zostawia, nie?
Delikatnie przejechałam bronią po palcu wskazującym. Szczypało jak cholera, ale trzeba było wytrzymać. Włożyłam urządzenie między mięsień. Chciało mi się płakać, więc musiałam jak najszybciej to skończyć. Zaczęłam leczyć palec leczniczą chakrą, powoli zaczęło się zasklepiać. Po kilku minutach wyszłam z łazienki i zobaczyłam Tobiego siedzącego na łóżku. Miał na sobie tylko zwiewne kimono, a wokół były rozłożone czerwone świece. Jak romantycznie...
- Mogę widzieć, co tutaj się dzieje?-spytałam lekko zdziwiona.
- Oj no nie psuj mi tej chwili pytaniem.-mruknął i nagle znalazłam się na łóżku.
Teraz albo nigdy! Położyłam swoją rękę na jego czole. Popatrzył się na mnie zdziwiony, a ja chwyciłam drugą ręką jego szyję. Szybko skumulowałam w palcu z receptorem chakrę. Nie wyrywaj się... Nie zaboli...
To właśnie chciałam powiedzieć, ale nie mogłam. Powoli zaczęłam wynajdywać jego wspomnienia i wysysać wszystkie złości. Szybko zaczęłam tracić chakrę, a czarnowłosy próbował się wyrwać. Mimowolnie zamykały mi się oczy, a chłopak coraz bardziej ciążył na mnie. Widziałam jego wspomnienia... To takie smutne... Ostatnią siłą woli wysłałam Peinowi wiadomość.
Rudy przygotuj ciało, odchodzę.
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
Ona nie może zginąć! Nie, nie pozwolę na to! Chwyciłem mocniej jej ciało i przycisnąłem do siebie. Dziewczyna ledwo oddychała, a jej stan z sekundy na sekundę się pogarszał. Co ta smarkula sobie myślała?! Nie wiemy nawet czy ta technika zadziałała, bo Tobi leży nieprzytomny!
Jasna cholera... Gdzie jest to durne wejście do kryjówki Orochimaru?! Namacałem jedną ręką klamkę i zupełnie przypadkowo moja noga znalazła się na drzwiach, które po chwili leżały na ziemi. Jeśli dobrze pamiętam, to najpierw w lewo... Omijamy rozwidlenie, przechodzimy przez ścianę i jesteśmy w laboratorium.
- Kogóż to ja widzę? Nagato ze swoją ukochaną?-zaśmiał się wężowaty.
- Zamknij mordę, psie. Masz szczęście, że jeszcze żyjesz.
- Tak, tak. Teraz do rzeczy. Co ona tu robi? Dajesz mi ją na eksperyment? Sądzę że by nie wytrzy-
- Przymknij się. Potrzebuję Twojej pomocy, bo ta oto osoba właśnie umiera w moich ramionach. Musisz wykonać przeszczep jej organów i reszty do innego ciała. Jeśli to spieprzysz to na wolność wydostanie się Shukaku wraz z Kyuubim.-na moje słowa skrzywił się znacząco.
- Pięknie zadanie mi dajesz...-wziął różowowłosą na ręce i wyszedł z pomieszczenia.
Niech to się uda... proszę!
*Kem*
Boże... moja głowa... Ej, co się dzieje?! Ratujcie!
Czuję jakby ktoś mi grzebał z brzuchu... Dziwne uczucie. O, wytęża mi się słuch. Gdzieś tam w oddali słyszę jakieś nierównomierne piszczenie... Co to jest?! Nie umarłam, prawda?! Muszę sobie przypomnieć, co się działo... Wróciliśmy do siedziby, przywitałam się z kimś, a więcej nic. Co ja zrobiłam?!
Spróbowałam poruszyć palcem u ręki. No nie działa, chyba nie żyję. Cóż, pięknie było w tym świecie. Hej, ręka działa!
Gdzieś w oddali usłyszałam warknięcie, po czym głos ucichł. Proszę, żeby to nie był jakiś gwałciciel! A może mam jakieś schizy...?
Po chwili tych idiotycznych rozmyślań oddałam się w objęcia Morfeusza.
*Pein*
- Jak to nie żyje?!-wrzasnąłem i rzuciłem tym obślizgłym gadem o ścianę.
- Jej serce przestało bić! Nie bij mnie do cholery!-wrzasnął na mnie.
- Zamknij się, paszczurze! Masz ją przywrócić do życia, bo inaczej zabiję Ciebie i Twoich sługusów!
- Gówno mnie to obchodzi, potrzebuję do tego pomocy!-warknął w moją stronę.
- Powiedz mi, kogo mam sprowadzić, żeby ją uratować!
- Muszę mieć tutaj jakiegoś medyka. Ktoś, kto dobrze zna się na transplantacjach, ziołach i truciznach. Masz kogoś takiego?
- Sasori, Kakuzu, Akane i może Otsu. Skorpion i materialista znają się najlepiej... Lecę po nich.
*Sasori*
Gdzie jest ten gówniarz?! Wie, że nienawidzę czekać!
- Sorki Danna, un!-pisnął blondyn, osłaniając się przed moim ogonem. Kiedyś go zabiję, poczekajcie tylko...
- Doshite?!
- Spóźniłeś się pół godziny, ty imbecylu!-warknąłem na niego.
- Gomen, Danna!
- Dobra, ostatni raz mi się spóźniasz. Następnym razem się Ciebie pozbędę albo załatwię Itachiego jako partnera, głupi bachorze.
- Okej... Dlaczego Lidera i potwora nie ma w siedzibie, un?
- Jeśli mówisz o naszej Kem, to lider gdzieś ją porwał. Widziałem go wybiegającego z siedziby z nią na rękach. Skoro już pytasz, co co się stało z Madarą? Ten dekiel nie był widziany przez nikogo od czasu powrotu różowej.
- Kakuzu się nim zajmuje, un. Ponoć coś sobie zrobił.
- Miejmy nadzieję, że jego złość nie przeleje się na organizację. Kto wie, do czego jest zdolny...
Sasori gdzie jesteś?!
- O, Pein się kontaktuje.
- Z Deidarą na misji. Na tej zaległej, co tydzień temu dostałem opieprz od Madary. A w sumie, nic nie wiedziałeś.
- Zmieniacie kurs na kryjówkę Orochimaru. Wiesz gdzie jest, masz u niego szpiega.
- Co się stało?! Nigdy nie zmienialiśmy nic na misji.
- Wytłumaczę Ci to bardzo zwięźle. Kem użyła na Madarze Zakazaną Technikę Nieważkości Umysłu i narobiła sobie kłopotów. Cała jej chakra wyparowała nie powiem gdzie i potrzebne jej transplantacje kanalików chakry i reszty ciała.
- Do uja ja mam się nią zajmować?! Jak sobie narobiła kłopotów, to niech je naprawi!
- Jeśli tu nie przyjdziesz - zabiję Cię. Przy okazji wróć się po Kakuzu i wytłumacz mu to, co ci powiedziałem. Żegnam.
- Deidara zawracaj do siedziby, bo nie ręczę za siebie!-wrzasnąłem na niego i pomaszerowałem w tył.
- Co się stało, danna, un?!
- Wypadek przy pracy, wypadek.-mruknąłem nieco spokojniej.
*Kakuzu*
- Hidan jełopie ubierz te spodnie, bo jak ktoś tu wejdzie to nicy z naszej tajemnicy.-uśmiechnąłem się do tego ulizańca.
- I tak wiem, że wpieprzasz kremówki po nocach...-mruknął.
- Oj zamknij gębę, jełopie.
- Kakuzuś...Ta nowa fryzura upodabnia cię do szczura.-syknął.
- Zaraz będziesz pluć zębami jak maszyna do popcornu.-warknąłem mu w twarz.
- Nie patrz na mnie, jakbyś właśnie skończył strajk głodowy. Wiem, że jestem sexy, ale...-zaczął gładząc swoje włosy, ale niegrzecznie mu przerwałem.- Przypominasz nieślubne dziecko Frankensteina.
- Jak cię kopne, to wylądujesz w innym kodzie pocztowym.-odgryzł się.
- Wyglądasz jak pomyłka genetyczna pijanego naukowca.- Czy to nie ryzykowne układać tak długie zdania przy tak małym ilorazie inteligencji?
- Dobra, dobra. Przegrałeś.-mruknąłem, powoli wychodząc z pokoju. Na korytarzu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Pod drzwiami stał Sasori i wpatrywał się we mnie tym swoim wkurzającym wzrokiem.
- Co jest?-spytałem lekko zaciekawiony.
- Rusz dupę, mamy misję. Idziemy do kryjówki Orochimaru. Resztę dowiesz się w drodze, a ja czekam przed siedzibą.-syknął na mnie i wybiegł z organizacji. No, nie ma to jak misja po misji.
*Pein*
- Do cholery gdzie oni są?! Powinni tu być kilka minut temu!-wrzasnąłem na cały głos.
- Jesteśmy Liderze!-dobiegł mnie głos. Powoli odwróciłem się w stronę przybyszy i niemalże rzuciłem się na nich.
- Do roboty, macie ją ożywić, uratować, pobudzić do życia! Cokolwiek!-syknąłem i chwyciłem Kakuzu za płaszcz. Podniosłem go lekko do góry, na co skrzywił się lekko za tą swoją maską.
- Rozumiem, Pein, ale nie musisz mnie trzymać.
- Dobra. Teraz ruszajcie dupy i do roboty.-na moje słowa Orochimaru dziwnie się ucieszył.
- Ah, jaki to piękny dzień dzisiaj!
*Kem*
Co jest?! Znowu znajduję się w tym pokoju z kratami. Za nimi stoi sobie Lis o dziewięciu ogonach, a za nim Shukaku.
- Co ja tu robię?! Przecież was zabiłam!
- Wiesz, kochanie... Na nas Notes Śmierci nie działa.-zaśmiał się Kyuubi.
- Kurde, wiedziałam, że to nie da rady.
- Hahah, śmieszna jesteś, dziecinko. Myślałaś, że nas tym zabijesz...? Na nas potrzeba czegoś większego kalibru, jak Rinnengan czy Sharingan...
- Zamknij się jełopie! Mogłem Cię zabić, kiedy miałem okazję!-lamentował rudy.
- Przymknijcie się obaj! Wiem, że popełniłam błąd próbując Was zabić! Nie naprawimy tego, ale chociaż próbujcie mnie nie zabijać co chwilę!
- Dziecko, jak ty się drzesz...
- Oj przymknij się... Musimy zawrzeć sojusz!
- Jasne, Madara cały czas chciał nas wykorzystać... Zgadzasz się, Kurama?
- Nie ufam tej gówniarze, ale da się zrobić. Tylko mamy jeden problem...
- Jaki?
- Kem kiedy stąd wyjdziesz, nie będziesz nic pamiętać. Ten dureń Orochimaru przez przypadek uszkodził ci rdzeń w mózgu i nie będziesz pamiętać nikogo, taka tam amnezja.
- Jak to?! Nie będę nic pamiętać?!-pisnęłam.
- Będziesz znała wszystkie techniki i twój sposób walki, ale żadnej osoby nie. Będziesz miała chwilowe przeniki pamięci. Przy okazji postaraliśmy się, żeby Madara miał jak najbardziej zrytą psychikę.-mruknął Shukaku.
- Usunęłaś mu ta złą świadomość i nic nie będzie wiedział. Jednakże, trzeba go będzie kontrolować przez cały czas.-powiedział lis.
- Dobra, jakoś się tym zajmę. Jak będę mogła odzyskać pamięć?
- Jeśli naprawdę chcesz to odzyskać, musi Ci pomagać ktoś z zewnątrz.
- Pein?
- Nada się idealnie. Sprowadzić go tutaj?-spytał głośno jednoogoniasty.
- Tak.-odpowiedziałam i zamknęłam oczy. Po chwili usłyszałam głośne trzaśnięcie i przekleństwo.
- Kem! Ty mała, głupia...-zaczął mój rudzielec, ale gdy otworzyłam oczy zamilkł.
- Tez Cię kocham, ale mamy sprawę do obgadania.
- Kobieto weź się obudź, a nie mnie tutaj przysyłasz. Operacja się powiodła i powinnaś normalnie żyć.
- Nie o to chodzi, deklu. Orochimaru uszkodził rdzeń w moim mózgu i będę mieć amnezję.
- Zabiję tego idiotę, jak dorwę.-syknął.
- Musisz mi jakimś sposobem przywracać pamięć, albo wkopiować swoją do mojej głowy. Z tego co wiem, najpierw musisz zdobyć moje zaufanie i mnie w sobie rozkochać.-na moje słowa parsknął śmiechem.
- To mi się na pewno uda...
- Narcyz.-warknęłam.
- Idźcie już, gołąbeczki.-mruknął Kurama.
- No to co, rudy?-chwyciłam jego rękę.
- Idziemy do teraźniejszości.-przytulił mnie i powoli przenosiliśmy się do naszego świata...
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
Leniwie otwarłam oczy i jak mniemam byłam w pokoju ze sterylnie białymi ścianami. Ręką przetarłam powieki i powoli uniosłam się do siadu. Wszystko mnie okropnie bolało, a na połowie ciała miałam bandaże.
Do pokoju wszedł jakiś czerwonowłosy, niski chłopak. Tak na oko miał dwadzieścia lat, ale mogłam się mylić.
- Jak się czujesz?-spytał cicho i podszedł do łóżka, na którym leżałam.
- W miarę jeszcze pożyję. Kim jesteś?
- Nazywam się Sasori, znajdujemy się w siedzibie Akatsuki.
- W czym?
- Taka tam... organizacja przestępcza.-uśmiechnął się lekko.
- Jaja sobie robisz?! Chcę stąd wyjść!-warknęłam i przygniotłam go do ziemi. Moja noga tak sama z siebie mnie zabolała, bo gruchotnęłam kolanem o podłogę.
- Kem! Spokojnie, nic Ci się nie dzieje!-syknął na mnie i jak na jakieś nieme zawołanie do pokoju wszedł rudy, okolczykowany facet.
- Co tu się dzieje?-mruknął lekko zdziwiony.
- Impreza!-wrzasnęłam i jakimś cudem wybiegłam z pomieszczenia. Poruszałam się przed siebie, co chwilę potykając się o czerwony dywan.
- Hej, hej stój!-usłyszałam wrzask i przede mną pojawił się ten rudy. Wpadłam na niego i wywaliłam się na tyłek. Chyba sobie stłukłam kość ogonową, ale nie będę siedzieć tu z jakimiś mordercami!- Co za upierdliwe stworzenie!
- Odwal się ty głupia wiewiórko!-syknęłam mu prosto w twarz.
- Jaka milusia, un.-usłyszałam zza swoich pleców. Odwróciłam się i z niepokojem zauważyłam kolejnego człowieka. Przypominał trochę babę, ale jednak rysy twarzy miał męskie. Zresztą... był płaski jak deska.
- Co chcesz, blondynko?-spytałam z miłym uśmiechem na ustach.
- Przymknij się, un! Co jej się stało, Liderze?!-krzyknął.
- Ma amnezję.-mruknął.
- Jak to?!-złapał się za głowę.-To już zawsze taka będzie?! Danna, un zrób coś!
- Przymknij twarz. Idź się lepiej przygotuj do misji, bo za pół godziny chcę Cię widzieć przed siedzibą.-syknął na niego czerwonowłosy.
- Idę!-i po chwili chłopaka nie było.
- A ty droga panno moja idziesz ze mną.-rudy chwycił mnie za łokieć i pociągnął za sobą. Próbowałam mu się wyrwać, ale przez to coraz bardziej opadałam z sił. Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do jakichś hebanowych drzwi i weszliśmy do ciemnego pomieszczenia. Wzrokiem usadził mnie na krześle przed wielkim biurkiem. Było w tym chłopaku coś dziwnego... Nie wiedziałam, co dokładnie, ale coś z nim jest na pewno!
- Ja nie chcę tutaj być! Tu są mordercy...-szepnęłam cicho.
- Kobieto nic Ci się nie stanie. Sama jesteś z jedną z nich, a ze mną nic Ci się tutaj nie stanie.-rzekł z uroczym (według niego) uśmiechem. Prychnęłam cicho na ten widok.
- Nie jestem jedną z Was.
- Nie kłóć się ze mną. Po jednym głupim wybryku masz amnezję i nic nie pamiętasz.
- Tak, tak. Przekonuj mnie dalej, a ja sobie pójdę.-mruknęłam i wstałam z krzesła. Ten jak na zawołanie podniósł się z fotela i popatrzył na mnie zdenerwowanym wzrokiem.
- Siadaj.
- Bo co mi zrobisz, ruda marchewo?-warknęłam na niego.
- Zabiję Cię. Jestem tutaj liderem i masz się trzymać moich zasad.-syknął na mnie.
- Wiesz, kotku, zasady są po to, żeby je łamać.
- Nie denerwuj mnie.-na jego czole ukazała się pulsująca żyłka. Podnieśmy stawkę...
- Masz huśtawkę nastrojów, czy jak? Na początku byłeś miły, a teraz zachowujesz się jakbyś okresu dostał.-powiedziałam.
- Wynocha z mojego gabinetu!-wrzasnął na mnie już cały czerwony i zaczął rzucać we mnie różnymi przedmiotami. Szybko wyturlałam się z gabinetu i niechcący na kogoś wpadłam. Ta osoba miała na twarzy maskę zasłaniającą pół twarzy i zielone oczy.
- Co ty robisz?! Wracaj do łóżka!-syknął na moją osobę.
- Ale ja nie chcę tam wracać! Jeszcze to rude coś mnie dorwie! Ratuj!-chwyciłam się jego płaszcza i nie chciałam puścić.
- Dziecko, spokojnie... Pójdziesz do mojego pokoju, to Ci chociaż opatrunki zmienię, a Pein w tym czasie się uspokoi.
- Dziękuję... Jak masz na imię?-spytałam cicho w drodze do jego pokoju.
- Kakuzu.-mruknął i otworzył jedno pomieszczenie.-Usiądź, ja zaraz przyjdę.-wyszedł na chwilę, a ja sobie zasiadłam na dużym łóżku.
- Co tutaj porabia ta śliczna dziewczynka?-usłyszałam za sobą i zostałam przyciśnięta do ziemi przez wielkiego kaktusa. To coś ugryzło mnie w szyję, a po chwili nie czułam już nic, tylko wszechogarniającą ciemność...
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
- Hej! Dziewczyno, żyjesz? Kem odezwij się!-wrzeszczał Kakuzu.
- C-co się stało?-spytała słabo.
- Zetsu Cię zaatakował. Jest kanibalem, uważaj na niego.-jęknął.-Zaprowadzę cie do Lidera, może jakoś ci pamięć przywróci.-chwycił ją na ręce i podniósł z ziemi. Wyszedł z nią na rękach do gabinetu Peina. Po drodze minęli Hidana, który tylko gwizdnął. Po kilku minutach dotarli pod same drzwi, w które zamaskowany lekko zapukał.
- Wejść!-chłopak lekko nacisnął klamkę i wszedł z dziewczyną do środka.
- Liderze przywróć jej pamięć, bo za chwilę tutaj zginie.-westchnął i posadził ja na krześle.
- Wyjdź stąd.-rozkazał mu rudzielec. Zielonooki wyszedł.
- Pein-kuuuun! Ja chce wiedzieć wszystko, tylko we mnie niczym nie rzucaj!-mruknęła.
- A ja chciałem mieć niepyskatą dziewczynę w organizacji. Nici z tego, eh...-popatrzył jej w oczy swoim Rinnenganem i próbował przywracać jej pamięć. Z początku szło to opornie, ale po dłuższych chwilach było coraz lepiej.
- Przepraszam, że tak rozwaliłam biurko, ale zazwyczaj nie wpadam w jakieś teleporty...-zaczęłam nerwowo. Chłopak wstał i stanął przede mną. Cóż mogę rzec, był wyższy ode mnie o głowę, miał rude włosy i... dużo kolczyków na twarzy. Po prostu był zabójczo przystojny. Nogi
ugięły się pode mną, gdy tak na mnie patrzył. 'Sam seks...' Kem-chan spała z liderem!-i pobiegł nieść tą dobrą nowinę. Pobiegłam za nim do kuchni i próbowałam go złapać. Gdy dorwałam tego gnojka zaczęłam okładać go pięściami, a wszyscy tam obecni zaczęli się śmiać.
‚Pein! Wstawaj! Zetsu mnie atakuje!’
W tempie natychmiastowym pojawił się rudy i uderzeniem pozbawił roślinkę przytomności.
-Nic Ci nie jest?-spytał mnie z… troską?
-Żyję, a to chyba dobrze.-uśmiechnęłam się w tej ciemności.
-Zostajesz tu? Zetsu może tu wrócić.
-Nie mam gdzie spać.
-To może ze mną?
Już miałam się zgodzić… Czekajcie… On powiedział „ze mną”, a nie „u mnie”… Co mi tam.
-Okej. Masz drugie łóżko?
-Nie. Myślałem, że położysz się w moim łóżku.-w jego głosie dało wyczuć się podryw, jak nic.
-Dobra… Wolę to, niż żołądek tego potwora.
-Pein?-spytałam niepewnie.
-Słucham?-dalej się wpatruje, tylko jeszcze nachalniej.
-Wiesz… Bo… ty też jesteś dla mnie ważny…-powiedziałam cicho. Na moje słowa rudzielec pochylił się nade mną i tak czule wpił w moje usta, że aż przyciągnęłam go do siebie. No i jak on może być mordercą…
Zbliżałam się teraz do nowej sali pieczętowania. Pein trzymał mnie mocno za rękę. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem. Hidan mówił, że to cholernie boli, gdy coś na siłę wciska się do ciała. Wiem, że to miało zboczony przekaz, ale nie mogłam nad tym długo myśleć. Wiem z czym wiązało się posiadanie demona, co dopiero 2.
-Kemi-chan zazdroszczę Cię Peinowi. Mieć taką kobietę...-mruknął i przytulił się do mnie. Z wielką dezorientacją patrzyłam przed siebie. Czy Tobi właśnie nie zgrywał tępaka i powiedział coś mądrego...?
Złożyłam z tego jakiegoś krokodyla, czy tam psa i w niego rzuciłam. Zdezorientowany nie wiedział co się dzieje, bo glebnął na moją podłogę. To pso-krokodylowate coś przykleiło mu się do płaszcza, więc przewróciłam łóżko na bok i schowałam się za nim. Usłyszałam wybuch i razem z moim opancerzeniem poleciałam na ściany przebijając się przez nie. Zatrzymałam się dopiero u Sasoriemu, któremu mruknęłam "dzień dobry".
Zaśmiałam się w duchu. Nie na co dzień widzi się stuletniego człowieka, a do tego wielkiego Uchihę. Kopnęłam drzwi i wbiegłam z Tobim do gabinetu Peina. Jego mina wyrażała spokój, aż za bardzo.
-Pein-sama! Urządzimy karaoke!-wykrzyknął mój towarzysz.
-Kilka dni temu sprzedałaś swoją duszę na targu za nieśmiertelność. Naiwni idioci.-mruknął i odwrócił się do mnie.
- Kem nie zabijaj go!-pisnęła Otsu wybiegająca z jadalni. No tak, wierna przyjaciółka tego imbecyla.
A czemuż to?-warknęłam z nerwowym tikiem, wyrywając Deidarze mój stanik.
Bo potrzebny jest do pieczętowania demonów!
- Zaczynając od początku... Masz wchodzić TYMI drzwiami-pokazał na nie swoim tłustym paluchem- a nie przez sypialnię!
- Wybacz, moja orientacja w terenie jest zabójczo przystojna i nie nadąża.-syknęłam mu w twarz.
- Tez Cię kocham.-zignorował moją wypowiedź.
- Już wstaję.-mruknęłam i z cichym sykiem podniosłam się, lekko stając na nogach. Popatrzyłam na twarz każdego z nich i zerwałam się w bieg. Biegłam przed siebie, byle jak najdalej od nich. Zrobiłam klona żeby ich zaatakował w miarę możliwości. Nie był jednak potrzebny, bo wszyscy wpatrywali się we mnie zamiast mnie gonić. Wszyscy, prócz Peina, który truchtał równolegle obok mnie.
- Pein?-odezwała się po chwili.
- Tak?-uśmiechnął się lekko.
- Też Cię kocham, wiesz?
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)