Tekst


Zawieszone: [TAKTYKA] Rozdział czwarty
W trakcie: [Drabble]
1. Castiel x Dean (SPN)
2. Stark x Rogers (Marvel)
3. Lucifer x Decker (Lucifer)
4. Sam x Lucyfer (SPN)
5. Levi x Petra (SNK)
6. Eren x Historia (SNK)
7. Mikasa x Jean (SNK)
8. Levi x Erwin (SNK)
9. Armin x Annie (SNK)
10. Konohamaru x Hanabi (Boruto)
11. Boruto x Mitsuki (Boruto)

Popularne

środa, 16 września 2015

[KEMIKE W AKATSUKI] Rozdziały 6-10

Autor: Kemike
Betowała: Teraźniejsza


Przeczytałeś? Skomentuj!

~
Przydatne linki: FABUŁACZAKRAAKATSUKI


ROZDZIAŁ SZÓSTY - zbetowany 15.09.2015
Cudem udało nam się poskromić Shukaku. Jeśli z nim było tak trudno, to nie wiem, jak poradzimy sobie z tak wkurzonym Kyuubim. Do walki przyłączyła się ta czarnowłosa dziewczyna, która dzielnie pomagała Deidarze, a nawet uleczała wszystkich, kiedy zaszła taka potrzeba. Musiała również posiadać jakieś Kekkei Genkai, bo poruszała się nienaturalnie szybko, a używała elementu wody i ziemi. Rzucała też ognistymi kulami bez używania pieczęci, co mnie nieco zdziwiło. Kiedy zaczęłam zapieczętować Shukaku techniką, której nauczył mnie Pein, zdarzył się mały „wypadek”. Kyuubi jednym ze swoich rozszalałych ogonów zniszczył jedną z rąk kamiennej statuy. Teraz nie może pochłaniać czakry! Było bardzo źle, a Lis był wnerwiony do granic możliwości.
Skumulowałam czakrę w nogach i próbowałam wskoczyć na jego grzbiet. Może uda mi się dostać do jego nerwów na szyi, a może... Chyba zorientował się, co chciałam zrobić, bo odtrącił mnie ogonem prosto w zaskoczonego Peina, któremu udało się mnie złapać na czas. W tym czasie zmaltretowany Kakuzu został przygnieciony przez tylną łapę Kyuubiego. Materialista nie ruszał się, więc Hidan próbował się do niego jakoś dostać. Nie szło mu to specjalnie dobrze, więc Itachi udawał przynętę, żeby Jashinista mógł wyciągnąć swojego towarzysza.
Jeśli tak dalej pójdzie, to wszyscy tutaj zginą, bo zawali nam się na łby. Usłyszeliśmy głos Peina wzywający nas nas zewnątrz. Wszyscy, którzy mogli, prócz nas, teleportowali się.
Razem z tą dziewczyną zgodnie zaatakowałyśmy Kyuubiego przy pomocy naszych Kekkei Genkai. Otsu, bo tak owa czarnowłosa się nazywała, z podwójną szybkością uderzyła Lisa łańcuchami z metalowymi przetwornikami, które trafiły w ogony, a ja biłam w niego czarnym ogniem wytwarzanym przez Satsujin. Nie powiedziałabym, że była to bardzo łatwa walka, bo pewnym momencie zwichnęłam sobie lewy bark, przez co nie mogłam go atakować. 
Nagle ni stąd, ni zowąd Naruto przybrał ludzką postać. Za nim stał jakiś shinobi, prawdopodobnie ich „opiekun”. Trzymał wyciągniętą rękę z pieczęcią namalowaną we wnętrzu dłoni. Prawdopodobnie działała osłabiająco, a my teraz miałyśmy szansę. Wspólnie zaatakowałyśmy tego całego gościa, trzymającego teraz Jinchuurikiego na rękach. Próbował się bronić, uderzając w nas drewnem i choćby wyrwanymi z szopy drzwiami. Otsu wtedy nimi dostała prosto w brzuch, więc nie skomentuję tego.
Kiedy zbliżyłyśmy się do niego, zniknął w kłębie dymu. Nie mógł być daleko, więc posłużyłam się ledwo wyuczoną telepatią i przekazałam wiadomość reszcie.
Zwiali. Szukajcie ich, może są w pobliżu.
Usłyszałam za sobą głuchy trzask i prawie dostałam jakimś odłamkiem skały w twarz. Chwyciłam zdezorientowaną przez drzwi czarnowłosą za rękę i pociągnęłam ją pod statuę. Stworzyłyśmy razem wielką barierę, aby uchronić posąg, bo z tego co wiem, to mamy za niego nawet poświęcić życie w razie potrzeby. Po chwili obok nas pojawił się Tobi, który kazał nam odejść, więc chwyciłam czarnowłosą za ramię i ostatkami sił teleportowałam na zewnątrz.
Zastałam tam niesamowicie wkurwionego Pein'a obgadującego coś z Itachi'm. Podeszłam sobie do nich podczas, gdy tamta wpatrywała się w łasicę z wielkimi oczkami. Chyba trafiła ją strzała amora, bo zaczęła się lekko podśliniać.
Sasori przytaszczył za sobą tego Na...ruto?, podczas, gdy DeiGej bez rąk leciał na swoim glinianym stworzonku. My naprawdę jesteśmy nienormalni...
*
Dwa dni później trzeba było zapieczętować to cholerstwo, pomimo 8 pieczęci unieruchamiających na każdym Jinchuuriki. Dalej mogli się wyrwać. Niestety, statua została w połowie zniszczona, pomimo naszej jakże świetnej bariery, która pękła po minucie, więc nie było gdzie. Sasori, dzięki Ci bardzo, powiedział, że można ich zapieczętować w jednym z nas. Większość nie podzieliła jego zdania, więc wszystkie oczy skupiły się na nas, Bogu winnych dziewczynach. Czarnowłosa również nie podzieliła jego zdania, bo uznała, że nie będzie mogła go kontrolować. Dziękuję, kochana Otsu…
Wiem, że chciała się wymigać, bo na pewno byłyby na nią ataki, a przecież MUSI chodzić na misje… i między innymi dlatego jej jeszcze nie widziałam - cały czas na nich jest. Wredna, już mnie popamięta. Wtedy wszyscy ochoczo, prócz Kisame, godzili się na pomysł Skorpiona i miałam przewalone. Naraz będę mieć zapieczętowane 2 demony, jako, że Shukaku nie udało się zapieczętować, bo wbili do naszej kryjówki shinobi.
Zapadła decyzja. Mieli to dziadostwo we mnie zapieczętować… Ja tak nie chcę… Itachi wmawiał mi, że uda mi się nad tym zapanować, bo mam wszystkie natury czakry. Nie wiem, czy to od tego zależy, ale jakoś mnie to nie przekonało.
Zbliżałam się teraz do nowej sali pieczętowania. Pein trzymał mnie mocno za ramię. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem, pewnie zdali sobie sprawę, na co mnie skazali. Hidan ze wstrętnym uśmiechem mówił, że to cholernie boli, gdy coś na siłę wciska się do ciała. Wiem, że to miało zboczony przekaz, ale nie mogłam nad tym za długo myśleć. Miałam za dużo wątpliwości co do tego wszystkiego. Wiem z czym wiązało się posiadanie demona, co dopiero 2 i jak trudno mi z tym będzie. W każdej chwili mogłam stracić panowanie i rozpierdzielić nową siedzibę wraz z moimi przyjaciółmi.
Weszliśmy z Liderem do sali pieczętowania. Wszyscy członkowie Akatsuki wskoczyli na wielkie, metalowe słupy. Powoli zbliżałam się do wysokiego podestu, na którym leżeli tamci dwaj. Siadłam sobie obok nich. W tej chwili postanowiłam sobie, że nigdy nie pozwolę znowu zrobić z siebie psa na posyłki. Nie tak, jak to było u rodziców.
*
Unik.
Rzut.
Skok.
Obrót.
Atak.
Obrona.
Właśnie razem z Otsu testowałyśmy moje najnowsze możliwości. Ona cały czas potyka się o beton, biedna. Niby jest taka dobra, a jednak jej koordynacja pozostawia wiele do życzenia. Jak lata za Itasiem, to się nie potyka...
Po treningu poszłam sobie do gabinetu rudego. Obiecałam, że będę go odwiedzać, skoro zmienił mi trenera... a właściwie zmienił siebie na wszystkich z organizacji.  Gdy tylko dotarłam na miejsce i zobaczyłam, co się tam dzieje, wybuchłam śmiechem. Wkurzony Pein leżał sobie całkiem dobrze związany na podłodze pod biurkiem i zabijał wzrokiem Tobiego, który malował coś po jego papierach. Rudemu chyba było niewygodnie, więc, omijając wcześniej Tobiego,wtargałam go do sypialni i rozwiązałam.
Popatrzył się na mnie i wybiegł pogonić tego skunksa. Wrócił tu z butem, zapewne zamordowanego Tobiasza. Dalej nie wiedziała, po co go tutaj trzymają, skoro sprawia takie kłopoty wychowawcze. Ja bym go zamknęła w lochach, i tyle.
- Kem, masz misję. - mruknął dalej zezłoszczony i przytulił mnie tak, że dokładnie czułam tą jego siłę. Odkąd stwierdził, że jestem jego własnością zachowuje się całkiem inaczej, jakby bardziej... uczuciowo.
- Yhym… Kiedy, z kim i gdzie? Bo ja jeszcze spać bym chciała.
- Niestety, dzisiaj, z Hidanem i Kakuzu. Idziecie do Kumo-gakure po Killera B. Ośmioogoniasty Jinchuuriki, może sprawiać wielkie problemy.
- Czyli nici ze spania... Ale przynajmniej jest misja!

ROZDZIAŁ SIÓDMY - zbetowany 15.09.2015
Dwa piękne dni później...
Teatralnie walnęłam się na swoje ukochane łóżko. Misja z Kakuzu i Hidanem to totalna katorga! Ci dwaj idioci cały czas na siebie wrzeszczą i pyszczą do siebie. Do tego skręciłam sobie kostkę wchodząc na drzewo, kiedy zaatakowały nas oddziały Anbu i, jakby tego było mało, nie wykonaliśmy misji, przez co Kakuzu znowu jest nieszczęśliwy, bo nie wymienił ciała jakiegoś durnego mnicha na forsę.
W sumie muszę iść do tego powalonego, rudego człowieka. Pewnie męczy się nad papierami… Gah. Wstałam sobie i spokojnie wyszłam do gabinetu Peina. Po drodze spotkałam Otsu miziającą się z Itachim. Kulturalnie nie dałam im poznać, że przechodzę obok nich zaledwie metr dalej i kontynuowałam wędrówkę.
Gdy tak zbliżałam się do gabinetu, było mi coraz cieplej. Albo się coś paliło, albo czułam się coraz bardziej zakochana. To takie miłe uczucie…  Bez pukania weszłam do pomieszczenia, bo tylko mi tutaj tak wolno - z czego bardzo często korzystam -, ale to chyba był zły pomysł. Stanęłam w miejscu, zdębiałam jak ta kłoda, którą wczoraj rozwaliłam w lesie. Na kolanach MOJEGO Pein'a siedziała Konan i... całowała się z nim. Nie, to było złe słowo. Ona przyssała się do niego jak jakaś popierdolona pijawka!
Gdy tylko mnie zobaczyli wybiegłam z pokoju ze łzami w oczach. Jak ten dureń mógł mi coś takiego zrobić?! Wbiegłam z prędkością światła do pokoju Hidana - tak, tego zboczeńca, który w końcu został moim przyjacielem -   i rzuciłam się na niego z płaczem.  Srebrnowłosy, jakby wiedząc co się stało, przytulił mnie do siebie, a ja z miną dziecka ryczałam mu w rękaw. Te trzy dni były jakieś okropne! 
Nie wrócę do siebie, nie ma mowy. Ta ruda małpa jeszcze będzie chciała mnie nawiedzić z bukietem róż, a ja wtedy mu ulegnę. Dlatego tak nie będzie, on poczuje, co to ból! Nie zauważyłam nawet, kiedy zaczęłam krwiożerczo chichotać, a Hidan zrobił pełną zdezorientowania minę.
- Dobrze się czujesz, Kemike-chan? - spytał bardzo wyraźnie i powoli.
- Tak, już mi o wiele lepiej. Dziękuję. - uśmiechnęłam się do niego szeroko, ocierając łzy z policzków. 
- To chyba dobrze. Jeśli mój zbawienny urok tak Cię wyleczył, to możesz wrócić do siebie. - poklepał mnie delikatnie po plecach.
- Wiesz co...? - zapytałam z głupim uśmieszkiem - Zostanę dzisiaj u Ciebie!
- Dobrze to rozumiem? - uśmiechnął się do mnie lubieżnie, ale po chwili zachichotał na widok mojej miny.
-Nawet o tym nie myśl. Jestem już zarezerwowana! dodałam w myślach.
Pół nocy przegadaliśmy na różne tematy. Hidan ogólnie narzekał na Kakuzu, że "on go tak szanuje, a ten nim pomiata", a nawet raz mu się wymsknęło, że "przecież go ko... lubi, a on powinien chociaż w połowie to odwzajemnić!". Kilka razy laliśmy się na poduszki, czym obudziliśmy niezmiernie wkurzonego Deidarę - koniec końców wyfrunął przez okno, a później chichotaliśmy pół godziny. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam oparta o ramię wyznawcy Boga Śmierci.
*
Rankiem, gdy tylko się obudziłam, byłam niezmiernie zdziwiona, widząc, że śpię sobie w pokoju Lidera. Niechciane wspomnienia nagle nadeszły, więc szybko wyskoczyłam z łóżka, a z oczu znowu poleciały mi łzy. Niechcący wdepłam też z w wazon, leżący na podłodze. Ten hałas spowodował, że przez moją jedyną możliwość ucieczki do środka wszedł Pein. No, było jeszcze okno, ale nie chciałam się połamać.
- Nawet nie próbuj się tłumaczyć, ruda małpo! - syknęłam w jego stronę, chwytając poduszkę w dłoń. Wzięłam zamach i rzuciłam ją prosto w jego marchewkowy łeb.
- Dlaczego mam się przed Tobą tłumaczyć? Przecież nic złego nie zrobiłem. - uśmiechnął się cwanie, łapiąc przedmiot jeszcze w trakcie lotu. 
- Nic złego nie zrobiłeś?! NIC?! - wydarłam się, że aż żarówki w lampie zatrzeszczały. Może trochę się zdenerwowałam. - A to obściskiwanie się z Konan? To jest nic?!
- Przecież Ci na mnie nie zależy. To, że jesteś moją własnością nie znaczy od razu, że nie mogę pieprzyć Konan. - powiedział najspokojniej w świecie, ale mną aż rzucało na boki.
- MI nie zależy?! Ty chyba jesteś jakiś popierdolony! Nie zauważyłeś, że Cię kocham, pieprzony debilu?! - wrzeszczałam na cały głos, a w ruch poszedł wazon. Tym razem trafiłam i rudzielec dostał prosto w brzuch. Nie wydawał się z tego powodu jakiś zdenerwowany, tylko coś w oczach mu się zmieniło.
- Ty mnie kochasz? - zapytał cicho.
- Tak, nie każ mi tego powtarzać, proszę.
W zażenowaniu spuściłam głowę w dół, bo w końcu dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedziałam. Zrobiłam z siebie totalną idiotkę... Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy z oczu zaczęły lać mi się łzy. Chciałam otrzeć je rękawem i chciałam po prostu stamtąd uciec, może zaszyć się pod łóżkiem, ale moje plany zostały pokrzyżowane przez rudzielca. Podniósł delikatnie mój podbródek do góry, tak, że miałam widok na jego uśmiechnięte, szare oczy. 
- Przecież wiesz, że nigdy bym Cię nie zranił. - wyszeptał, a jego cytrusowy oddech owiał mi twarz.
- T-Teraz tak mówisz, cały czas się ze mną bawisz! - załkałam, próbując go odepchnąć, byleby sobie poszedł.
- Nigdy nie bawiłbym się z kimś, kogo lubię. 
Wtedy to do mnie trafiło. On się ze mną przekomarzał, a nie bawił. Był bardziej uczuciowy, niż na początku naszej znajomości, a nawet czasem mnie przytulał. Był także bardzo pomocny, bronił mnie przy każdej okazji i to było... miłe.
- Lubisz? - spytałam z nadzieją.
- Lubię. A nawet bardzo.
Rudzielec uśmiechnął się do mnie, ale tak szczerze, i tylko to w tamtej chwili się liczyło. No, dopóki do środka nie wpadł Hidan z wielkim wrzaskiem "Gwałcą mi dziecko!", nie wyciągnął mnie za rękę na korytarz i nie zaczął ze mną biec. Zaczęłam się śmiać z całej tej sytuacji, a dokładniej z miny Peina, jaką zrobił przed moim "porwaniem". Srebrnowłosy tylko się na mnie popatrzył i zaczął cicho chichotać. Wylądowałam u niego w pokoju. 
- Co się dzieje, Hiduś? - spytałam lekko zdenerwowana, bo nagle zrobił minkę, jakby cały świat się nagle zawalił mu się na głowę.
- Mam do Ciebie sprawę…- gdy to mówił, jakby atmosfera w pokoju zrobiła się... gęstsza. - Cholernie, ale to cholernie podoba mi się ta Otsu… Proszę, pomóż mi... Ona... Jest niesamowita… Porusza się z taką gracją, jest strasznie pyskata… Nie boi się nawet Itachi'ego... Mimo to… eh… trudno mi się z nią dogadać. - burknął.
- Hidan zagadaj do niej. Każdy tu uważa Cię za zboczeńca jakich mało w tym świecie, więc pewnie jest dokładnie tego samego zdania. Pokaż, że nie jesteś takim bezwartościowym idiotą, który leci na pierwszą-lepszą laskę. Musisz jej pokazać coś, wysilić się. Wiesz, dziewczynie trzeba czymś zaimponować... Na przykład pokaż jej trening, Twoją nieśmiertelność. Może zacznij rozmawiać o religii? Ona interesuje się praktycznie wszystkim. 
- Kemi-chan dzięki. - gdy to powiedział, przytulił mnie tak mocno, że aż mi prawie oczy wyleciały z orbit. Ta dziewczyna musi być niezwykle ważna, że aż Hidi prosi mnie o radę.
Po tym wyszłam sobie spokojnie do swojego pokoju. Po drodze spotkałam zaniepokojoną czymś czarnowłosą, która chciała mi coś powiedzieć. Weszła za mną do mojej sypialni i zamknęła drzwi na klucz. Zasłoniła zasłony, oparła się o parapet plecami i cała poddenerwowana na twarzy wypaliła, kilka słów, przez które zaczynały się schody…
- Chyba się zakochałam… W Itachim!

ROZDZIAŁ ÓSMY - zbetowany 16.09.2015
Siedziałam właśnie u wielce niezadowolonego Peina na kolanach. No właśnie, niezadowolonego. Ja nie miałam z tym nic wspólnego. Samo się tak jakoś... porobiło.
Z Hidanem planowaliśmy zrobić imprezę tak, aby rudy się pod żadnym pozorem nie dowiedział. Kakuzu załatwił nam butelki z sake, Konan przyniosła swoje magiczne wino (bardzo, ale to bardzo magiczne...!), a Dei z Sasorim załatwili jakieś karty i pustą butelkę. Gdy tak sobie siedzieliśmy na podłodze w trakcie gry w karty, wbiła do nas uhahana Otsu, która zaczęła rozwalać wszystko na jej drodze. Zarąbała trójzębną kosę Hidana i wybiegła do śmierdzącego salonu, gdzie Zetsu oglądał swój ukochany film przyrodniczy o muchołówkach. Nie wiem co się później działo, bo przez cały czas słyszałam tylko wrzaski Hidana.
Olaliśmy to i zaczęliśmy grać w butelkę. Popijając niemałe ilości sake zadawaliśmy sobie nawzajem baaardzo głupie pytania i zadania - takie prawie nie do wykonania. Odwaliłam coś dziwnego, czego za bardzo nie pamiętałam, po czym Pein, jakby oczywiście się dowiedział, zabiłby mnie bez wahania albo wychłostał. Ponoć zaczęłam się obmacywać z Itachim… Taaaak… W tymże momencie znowu wbiła nasza kochana czarnowłosa i zaczęła wyzywać mnie od grubych świń. Hidan trochę zdezorientowany nie wiedział co się dzieje (był totalnie zalany w trupa), więc poszedł po Kisame, by uśpił to czarne chuchro.
Ten jak gdyby nigdy nic, wyniósł dziewczynę za fraki do swojego pokoju i zamknął na klucz. Po chwili usłyszeliśmy głośne, rytmiczne kroki i wszyscy zamarli.  Do pokoju wleciała jakaś czerwonowłosa panienka, wyrwana, jak spod latarni, bardzo podobna do Peina (chodzi mi tutaj o kolor włosów), człowiek, kolejny Uchiha, jak mi się zdawało i człowiek-ryba… chyba znajomy Kisame, ale znowu nie byłam pewna. Ten Sasuke, jak się później okazało, zaczął nawalać w swojego opitego brata Sharinganem i różnymi technikami.
Ja, trochę podpita, wstałam i zaczęłam straszyć ich Setsujinem. Obaj się zamknęli, a czerwonowłosa zaczęła się tulić do młodszego Uchihy. Biedaczek, odpychał ją jak tylko mógł, ale nie dawał sobie rady. Pomogłam chłopaczkowi i wywaliłam tą panienkę za drzwi. Strasznie wpieniona zaczęła je kopać, aż prawie wypadły z zawiasów. Chwyciłam ją wtedy za rękę i zwlokłam za łachy do naszych ukochanych lochów. Rzuciłam nią o ścianę jednej z pustych cel i zamknęłam na kłódkę. 
Tak usatysfakcjonowana udałam się do wcześniejszego pomieszczenia. Połowa osób, czyli Sasuke, Deidara, Hidan oraz Ita-san oczywiście, była przytomna, więc jako osoba odpowiedzialna za ich całą zgraję, pomogłam im iść do pokoi. Nie rozróżniałam za bardzo twarzy, więc nie zależało mi na tym kto jest kim. Saska wzięłam ze sobą do gabinetu Peina. W drodze musiałam mu nieźle przyłożyć kilka razy w twarz, bo zboczeniec obmacywał... Jak później powiedziałam to rudemu, był troszkę zazdrosny i  chciał zabić czarnowłosego, bo „JEJ TYŁEK JEST MÓJ, WIĘC WON”. Po tych słowach młody uciekł w popłochu do pokoju Itasia. 
To, co działo się w tym czasie w gabinecie, zawsze pozostanie naszą pijacką tajemnicą.
                                                                             *
Nigdy nie byłam tak wyspana… No, może byłabym bardziej, gdyby moja duża poduszka nie zaczęła się ruszać. Gh… Czy on nie może spać dłużej? Ah, no tak. Papiery, Akatsuki, misje i inne duperele. Spokojnie wstałam i popatrzyłam się na niego. Mój aniołek leżał z wielkim zacieszem na twarzy. Popatrzył się na mnie i rzucił, przewracając na plecy. Trochę zsunęła się kołdra, więc było mi widać co-nieco. Nie, to było za mało powiedziane. Ona bardzo pięknie spadła na podłogę. Niechcący popatrzyłam się lekko w dół i, jak na złość, z nosa poleciała mi krew.
Pein zaczął cicho chichotać, widząc moją minę. Podeszłam do lustra żeby sprawdzić, czy jestem bardzo zakrwawiona i prawie ze śmiechu runęłam na ziemię. No, bo skąd ja mam uszy i ogon…?
I tamten moment wybrał sobie Hidan, aby wejść do środka. Jasna cholera! Zanurkowałam pod kołdrę, a Pein dalej siedział obok. Rudy popatrzył się na niego z Rinnenganem w oczach, a drugi upadł na ziemię. Tak, zaczynał się piękny czas w Akatsuki.
 Nie mogłam za bardzo edytować tej ostatniej części, bo mi chyba oczy wypaliło. Niech coś zostanie z tej starej parodii... ~Teraźniejsza.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY - zbetowane 16.09.15
Siedziałam sobie w kuchni i popijałam spokojnie kakałko z ulubionego kubeczka. Zastanawiałam się nad bardzo skomplikowanym swataniem Hidana z Otsu… Czarnowłosa nienawidzi srebrnowłosego i na dodatek buja się w Itachim, co kompletnie przeważa moje możliwości, które sprawiłyby, żeby choćby się lubili. Gh… Jednak nie potrafię wszystkiego.
Na moje nieszczęście, albo i szczęście, do pokoju wszedł Pein. Mruknął coś niezrozumiale do mnie, co pewnie oznaczało jego zwyczajowe przywitanie. Był nie w humorze, a to źle. Jeszcze będzie się na mnie wyżywał… seksualnie! Po tej myśli nawet zaczęłam chichotać z własnej głupoty.
Powoli zaczęli się schodzić inni. Spojrzałam na zegarek. Dopiero 9, więc połowa powinna jeszcze spać. Wtedy ślamazarnie do pokoju wtoczył się Tobi. Nic by się nie stało, gdyby nie to, że nie odezwał się ani słowem. Nie popatrzył na nikogo spod tej swojej durnej, pomarańczowej maski, nie darł się. Chyba miał okres… Tak, chłopak miał okres. Jasne, Kem. Czarnowłosy popatrzył się na mnie ze smutkiem w tym jednym oku i wyszedł. Odruchowo wstałam i pobiegłam za nim. Czułam na sobie wzrok Peina, kiedy wyszłam… Może był zazdrosny?
Tobiaszek nasz kochany udał się w stronę swojego pokoju, czyli kanciapy na mopy. Nie był pełnoprawnym członkiem Akatsuki, więc nie mógł dostać swojego pokoju. Zatrzymał się tuż przed drzwiami i popatrzył na moją skromną osobę. Zwabił mnie tu celowo? Wisiało mi to, bo bez większych wyrzutów sumienia weszłam do jego pokoju. Od podłogi do sufitu były tu około 2 metry, bo taki mały pokoik był pod schodami. Współczuję.
Wtem Tobi odwrócił się w moją stronę. Patrzył się na mnie i powoli prybliżał. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Nie ruszyłam się z miejsca, będąc w stanie totalnego zaciekawienia, podczas gdy jednooki zaczął uchylać w bok swoją nienaruszalną maskę. Przybliżył się delikatnie do mojego ucha i szepnął kilka słów, przez które zrobiło mi się niemal gorąco i to w tym złym aspekcie.
- Kemi-chan zazdroszczę Peinowi tylko jednej rzeczy. Nie jest to władza. Nie jest to też charakter. To jesteś ty, wiesz, Kemi-chan? - szeptał cichutko i później niepewnie przytulił się do mnie, a ja z niemą dezorientacją patrzyłam przed siebie. Czy Tobi nie zgrywał tępaka i po tylu tygodniach wreszcie powiedział coś mądrego…? Coś musiało mu ciążyć na duchu.
- Dzięki...? - czarnowłosy powoli się ode mnie odsunął, jakby wyczuwał, że zrobił coś złego, i gdy już miałam usiąść na łóżku, nagle przyciągnął mnie do siebie i zza pleców wyciągnął opaskę, którą zawiązał mi oczy. Nie mogłam wiedzieć, o co mu chodziło, więc zdałam się na łaskę tego dziwnego człowieka. Jakoś nie chciałam się przeciwstawiać… Po chwili poczułam na swoich spierzchniętych wargach jego ciepły oddech, a później cholernie czuły pocałunek, przez które nogi zrobiły mi się jak z waty. Już miałam upaść, gdy czyjeś ręce mnie powstrzymały. Zapewne należały do Tobiego… ale czy to jest ten stary Tobi, którego przez cały czas nazywałam idiotą? To naprawdę musiał być zagubiony chłopiec...
Nasz pocałunek przeradzał się powoli w istne szaleństwo… Co on ma w sobie takiego, czego nie ma w Peinie…? No właśnie, rudy. Właśnie wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę i poczułam się jak jakaś tępa dziwka. Nie dość, że zdradziłam właśnie mojego… no, kogo Kemiś? Nawet nie jesteście parą...
Szybko oderwałam się od Tobiego i wymamrotałam coś niezrozumiale, co miało być przeprosinami. Wybiegłam z pokoju jak torpeda jednocześnie ściągając opaskę z oczu i wpadając na pojawiającego się właśnie w korytarzu rudzielca. Nie mogłam popatrzeć mu w oczy, po prostu nie mogłam! Zaczęłam płakać, więc czym prędzej uciekłam do swojego pokoju, a wbiegając, zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zjechałam plecami po drzwiach i ukryłam twarz w dłoniach.
Jestem głupia. Ale wracając do tematu, którego nie było, kim do cholery jest Tobi?! Raz zachowuje się jak totalnie rozwydrzony bachor, a później jak romantyk, dżentelmen, czy jak to tam się zwie… Gdzie zniknął ten mały człowiek mówiący o sobie w trzeciej osobie…? Wkurzał wszystkich, ale taka była jego rola w tym przedstawieniu… Może po prostu miał jakiś ukryty plan? Był wielkim zabójcą i nie chciał, żeby ktoś się dowiedział? Nie, ta wersja nie pasuje. Wszyscy tutaj są mordercami, gwałcicielami i ludźmi z rozdwojoną jaźnią, niczym Zetsu.
Mam już plan… Dowiem się kim naprawdę jest Tobi. Z tą myślą wstałam i zaraz usiadłam z powrotem. Jak ja teraz wytłumaczę się Peinowi? Wiem! Otsu chan pomoże!
*
- Nie. Nic tutaj po mnie. Najwyżej zajebię ich moją kosą. - mruknęła moja kochana koleżanka, a jakże znienawidzona czarnowłosa „siostra” i  machnęła na mnie ręką.
Z pięknie zepsutym humorem i chmurą deszczową wiszącą nad głową wyszłam z pokoju tej medyczki, przyprawiającej mnie o ból głowy. Nie można na nią liczyć, cnotkę teraz udaje, panna się znalazła! I tak wiem, co się po nocy u Itachiego wyprawia. Ich odgłosy słychać wtedy w każdym innym pokoju. Tak odchodząc od sprawy, dawno Sasia nie widziałam. Gdzieś się pałęta, ale z tego co wiem, mieszkają po prostu piętro niżej, a tam znajduje się bojówka. Niestety, nie mam gdzie trenować. O, właśnie, mam pretekst.
Z tą właśnie myślą ruszyłam do rudzielca.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY - niezmienony, sparodiowany przy okazji 16.09.15
*Z pamiętnika...*
Także… siedzę sobie u Liderka, naszego KOCHANEGO, WIELEBNEGO…
- Słyszałem.
Nie czytaj mi w myślach, bo się obrażę. Jak zaczęłam… rozmawiamy o jakichś pierdołach, podczas, gdy reszta śpi. Nie rozumiem tych ludzi. Jest dopiero 3, a na imprezkach to do rana siedzą. Ponowiłam moją wypowiedź kolejny raz.
- Pein ale ja chcę iść na misję! - tak, próbowałam tą cholerę przekonać. Siedzę tutaj i nic nie robię, a Kakuzu narzeka na podatki. W sumie i tak ich nie płacimy, bo rudy ma już takie… takie… jutsu, dzięki któremu mamy prąd, wodę i resztę tego syfu. Jest jeszcze Bogiem takiej wioski… Ame-gakure. Nie wiem jak to się stało, no ale niech będzie.
Myślę i myślę, a tu nagle takie *jebs*. Odwróciłam się i z nerwowym tikiem w oku wybiegłam z okolczykowanym z pomieszczenia, czyli jego gabinetu. Popylaliśmy do naszego głównego wejścia. Gdy dotarliśmy na miejsce, była tutaj już reszta. Każdy miał przy sobie kunaie, miecze, shurikeny i inne zabawki. Jakiś idiota naruszył MÓJ głaz… MÓJ, bo sama go wstawiałam. Tamta kryjówka się rozwaliła… Przez przypadek. Przez Kyuubiego. Przez… przypadek no.
Wymruczałam technikę teleportacyjną, to jest słowa, ponieważ nie chce mi się składać znaków. Przeniosłam się przed naszą kryjówkę prosto… 5 metrów za wysoko i spadłam twarzą w ziemię. Miło. Jakby nie mogli robić miękkszej.
Podniosłam się z błotem na twarzy i spojrzałam na przeciwnika. Obok mnie pojawiła się Otsu. Wymruczała do mnie kilka słów i ruszyłyśmy na tamtą osobę, próbującą rozjebać mi głaz. Zabiję, kurde. Przeniesienie tego gówna kosztowało mnie sporo czakry, a więcej nie zamierzam tego robić.
Jak się po chwili okazało miałyśmy dwie przeciwniczki. Jedną z nich była dość… hojnie obdarzona przez naturę czerwonowłosa dziewczyna z niebieskimi oczkami. Popatrzyła się na mnie i rzuciła kunaiami, trafiając w mojego małego palca u nogi. Jasna cholera, przecież się odsunęłam! Drugą, która swojej kompance pomogła rzucając we mnie swoim butem, którego ledwo uniknęłam, była szarowłosa… postać? Kobietą to być nie mogło, bo miało czarne włosy, oczy i ogólnie wszystko. Czuć od niej było jednak… cukier? Może to tamta się naćpała czy coś.
Czerwonowłosa rzuciła się na nas z kataną. Otsu uniknęła ciosu, a ja po prostu przeniosłam się obok tego czegoś czarnego. Mruknęło do mnie niezrozumiale, przez co zdziwiłam się lekko. Nie atakuje mnie?
- Ohayo…? Jestem Kem, a tamta co walczy to moja znajoma, Otsu. Skoro jesteś… neutralnie powiedzmy nastawiona, powiesz mi kim jesteście?
- Baka. Nazywam się Riffune, a czerwonowłosa ma na imię Akate. Jesteśmy z klanu Hashimeri  znajdującego się w Wiosce Ukrytej w Chmurach. Przyszłyśmy tu, bo ta oto tam… - wskazała paluszkiem na Aki-chan - … chciała znaleźć swojego brata, który ponoć jest w tej organizacji.
- Ale od razu musiałyście rozwalać mi głaz?! - jęknęłam przeciągle.
Obok zmaterializował się rudy, a z nim reszta naszej bandy. Próbował chwycić… Riff, ale jego ręka przez nią… przeleciała. Dosłownie. Powiedział zrezygnowane coś w stylu „no to się nie pobawię” i poszedł rozdzielić dwie walczące. Oczywiście dostał po twarzy od czerwonowłosej, ale ten klepnął ją w tyłek tak, że odleciała na drzewo. He… Ej, zaraz! Tylko mój tyłek może klepać!
Przerażona Aki wstała i podbiegła do Riff. To znaczy myślałam, że pobiegnie, ale zgrabnie ją wyminęła i rzuciła się na Kakuzu, przyciskając do ziemi.
- Kakuzu-kuuuuuuun! Braciszku jak myśmy się dawno nie widzieli…! - wykrzyknęła, ale ten zrzucił ją z siebie.
- Nie waż się nazywać siebie moją siostrą. - warknął - Zostawiłaś naszą rodzinę, gdy nie mieliśmy pieniędzy na życie! Nie jedliśmy nic, głodowaliśmy, żebyś miała na tą jebaną szkołę ninja! A ty jak jakiś szczyl odeszłaś sobie, bo tobie nie pasuje nauka. Jesteś tylko jebaną idiotką, która myśli, że jak sobie pójdzie to będzie szczęśliwa! Miałaś 15 lat, gdy zaciągneli matkę i ojca. Nigdy nie wrócili, bo zginęli do cholery! Nawet nie przyszłaś na jego pogrzeb! Zgiń, przepadnij kurwa. - wydarł się i… dostrzegłam jedną, spływającą łzę po jego policzku. Później widziałam tylko kłębek nerwów uciekający do siedziby.


*

Przeczytałeś? Skomentuj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)

© Agata | WS
x x x x x x x.