Autor: Kemike (z 2014)
Betowała: Teraźniejsza
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
~
ROZDZIAŁ PIERWSZY - zbetowany 14.09.2015
Była godzina 19.
Powoli wracałam sobie z mojego wieczornego treningu tenisa. Dzisiaj poszło mi naprawdę nieźle. Trener mówi, że jeśli tylko wzięłabym się w garść, szło by mi o wiele lepiej, ale ja po prostu mam to gdzieś. Chodzę na te zajęcia z przymusu, bo moi rodzice swego czasu sobie ubzdurali, że potrzeba mi ruchu. Co z tego, że przy wzroście 175 cm ważę 50 kilogramów, potrzeba mi ruchu, bo będę gruba. Swoją drogą i tak już wyglądam jak anorektyczka...
Gdy podchodziłam pod swój dom, usłyszałam jakiś cichutki szelest w pobliskich krzakach. Powoli odwróciłam się i ujrzałam… złoto-pomarańczowego lisa. Zdziwiłam się lekko, bo przecież była zima. Podeszłam do niego i nagle dookoła mnie ziemia zaczęła się zapadać. Co się dzieje?!
Próbowałam wstać, bo oczywiście wywróciłam się w biegu. Szybko poruszałam w stronę domu, ale ten jakby zaczął się oddalać. Nie wiedziałam co się dzieje. Może mam urojenia? Omamy? Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu pomocy. W tamtej chwili wszystko ucichło, grunt pode mną pękał. a ja czułam, że lecę i wtedy ogarnęła mnie ciemność…
Leciałam i leciałam. Trwało to kilka minut, może godzin, a może lat. W tamtej chwili straciłam całkowicie poczucie czasu. Bałam się wtedy, że może umarłam, kiedy to nagle poczułam, że uderzyłam w coś częścią ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Tym czymś było gigantyczne świerkowe biurko, które przepołowiło się pod siłą mojego uderzenia. Znajdowałam się w jakimś ciemnym pomieszczeniu całkowicie zawalonym różnego rodzaju papierami. Ze strachem odwróciłam się za siebie, aby zobaczyć jak duże są zniszczenia i z zaniepokojeniem zauważyłam jakiegoś mężczyznę siedzącego w skórzanym fotelu, patrzącego na mnie nieco zszokowanym wzrokiem. W ręce trzymał białe pióro, a jego dłoń wisiała w powietrzu. Popatrzyłam pod siebie zauważyłam, że siedzę na jego papierach, które pewnie wypełniał chwilę wcześniej.
Pośpiesznie wstałam i otrzepałam się z kurzu. Raczej nic mi nie było, oprócz ogólnego roztrzęsienia, co przy takich szkodach było co najmniej dziwne, jeśli nie niezrozumiałe.
- Przepraszam, że tak rozwaliłam panu biurko, ale zazwyczaj nie zawala się pode mną asfalt i nie mieszkają pod nim ludzie…- zaczęłam nerwowo, próbując przynajmniej trochę rozładować napiętą atmosferę.
ROZDZIAŁ TRZECI - zbetowany 14.09.2015
ROZDZIAŁ CZWARTY - zbetowane 14.09.2015
ROZDZIAŁ PIĄTY - zbetowane 15.09.2015
Mężczyzna po chwili oczekiwania stanął tuż przed moim nosem. Cóż mogę rzec, był wyższy ode mnie o głowę - jak na złość musiałam zadzierać głowę w górę - płomiennorude włosy i… wielkie ilości kolczyków na twarzy. Jego oczy miały bardzo dziwny kształt tęczówki, pewnie nosił jakieś kolorowe soczewki. Może to przebieraniec?
- Moje oczy są prawdziwe.
- S-Słucham?
- Pomyślałaś, że mam kolorowe soczewki. - powiedział, widząc moje zdziwienie pewnie wymalowane na twarzy.
-Hahaha… bardzo śmieszne. Wkręcacie mnie w jakiś program? Ukryta kamera? - spytałam z rozbawieniem. Dziwny gość.
- Nikt w nic Cię nie wkręca. - zmrużył niebezpiecznie oczy, jakbym grała mu na ambicji - Wszystko jest prawdziwe.
- Dobra, dobra. - machnęłam na niego dłonią. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu, wyszukując jakichś oznak tego, że są tu kamery. Zauważyłam tylko dziwne papierki na ścianach zapisane japońskimi znakami. Chyba mnie jednak nie wkręcają...
- Wiesz gdzie jesteś? - usłyszałam pytanie, które przywróciło mnie do rzeczywistości.
- Nie bardzo. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Hm… Z jakiej wioski pochodzisz?
- Jakiej znowu wioski? Pochodzę z Japonii!
- Japonia? To jakaś nowa wioska? Nigdy o takiej nie słyszałem. Jeśli kłamiesz, to Cię zabiję.
Nagle poczułam okropny ból w głowie, jakby ktoś wyrywał mi kawałki czaszki spod skóry. Przed oczami przelatywały mi pojedyncze wspomnienia z dzieciństwa. Moja pierwsza miłość, wypadek samochodowy z moim bratem, jego śmierć w szpitalu, oglądanie pierwszego odcinka Naruto - stwierdziłam, że jest głupie i nie będę tego oglądać. O dziwo rudy zatrzymał się na nim bardzo długo, w straszny sposób patrząc mi w oczy. To było okropne uczucie. Po chwili kontynuował robienie tego, co robił, już chwilę później wyświetlając mi przed oczami dziwny wypadek z liskiem. Pokaz slajdów się urwał, a ja upadłam na kolana, z całej siły chwytając się za głowę. To było chore, okropne, co to w ogóle ma być?!
- Nie wydaje mi się, żebyś kłamała... - zaczął swoją przemowę.
Po godzinie rozmowy wiedziałam mniej więcej wszystko, gdzie jestem, czym jego mafia, którą nazwał Brzaskiem (Akatsuki), się zajmuje. Pain, bo tak mężczyzna mi się przedstawił, oprowadził mnie po całej ich „siedzibie”, uwzględniając lochy, która znajdowała się zakopana głęboko pod ziemią. Zapoznałam się z tutejszymi członkami Akacośtam. Każdy był popieprzony na swój sposób. Człowiek-śmierć wmawiał mi, że jest nieśmiertelny i mogę spróbować go zabić jeśli chcę, pół-ryba zahaczał głową o sufit i łaził ze swoim mieczem nawet do łazienki, był też kanibal, któremu z głowy wystawały kawałki muchołówki. Nie wiem, skąd rudy wziął takich popierdzieleńców, ale pewnie miał problemy z głową.
Na końcu zaprowadził mnie do nowego pokoju, podał mi srebrny klucz z zawieszką kotka i wyszedł. Jego rozwalony gabinet połączony z pokojem był prawie naprzeciwko mojego. W dodatku byliśmy na samym końcu jednego z wielu korytarzy, więc było mi trochę nieswojo. Nie wiem o co tu chodzi, ale podobno nawet nie mogłabym stąd uciec. Jest tutaj tyle korytarzy, łącznie 76? kilometrów, a do tego tylko kilka wyjść. Pokoje reszty znajdowały się w innym korytarzu, co jeszcze bardziej skłaniało mnie do rozmyślań. Czyżby dał mi ten pokój specjalnie?
Moja sypialnia była pomalowany na niezidentyfikowany odcień niebieskiego, do tego kontrastowały się z nim czarne meble. Łóżko, szafa, komoda, lampka i… drugie drzwi, które jak mniemam, prowadziły do łazienki.
Zamknęłam drzwi na klucz i pogrzebałam trochę w szafach. Na pewno mieszkała tu wcześniej jakaś dziewczyna, bo znalazłam trochę ubrań pasujących na mnie. Wyciągnęłam jakąś koszulę nocną, ubrałam ją na siebie, a później z wahaniem położyłam się do gigantycznego łóżka z baldachimem. Próbowałam obmyślić teorię, czy aby nie jestem zakładnikiem i będą chcieli za mnie okupu, ale to i tak nie miało sensu. Moja rodzina nie była bogata - zresztą sen przyszedł za szybko…
ROZDZIAŁ DRUGI - zbetowany 14.09.2015
Z samego rana obudził mnie huk zza drzwi. Z niechęcią wypisaną na twarzy zdarłam się z łóżka, bo jeśli to miał być budzik, to chyba trzeba. Udałam się do łazienki i ogarnęłam włosy, które niesamowicie mnie wnerwiały. Przebrałam się i zobaczyłam na ścienny zegar w sypialni, która godzina. Była 10, więc idealna pora na śniadanie. Jeśli dobrze zapamiętałam z tego, co tłumaczył mi Pein, to przy niewielkim szczęściu uda mi się trafić do kuchni. Wyszłam z pokoju i niemal w progu natrafiłam na jakiegoś chłopaka z pomarańczową maską na twarzy. Uważnie przyglądnął mi się i rzucił się na mnie, powalając na ziemię. Zaczął mnie przytulać, z czego nie byłam zbytnio zadowolona.
-Tobi kocha Kem-chan!- wykrzyknął.
- Proszę puść mnie bo… się uduszę…! - wydusiłam z siebie i zrzuciłam go.
-Tobi przeprasza! Tobi chciał spotkać się z nową członkinią! - spod maski zaczęła wypływać woda, pewnie się chłopak rozpłakał.
- Nie płacz... Tobi, tak? Mógłbyś mnie zaprowadzić do kuchni? Chyba nie trafię bez Twojej pomocy…-uśmiechnęłam się do niego uprzejmie.
- Tobi pomoże! Tobi to dobry chłopiec! - mówiąc to chwycił mnie za rękę i zaciągnął do kuchni. Spotkałam tam rudego, który miał niezwykle podkrążone oczy. Chyba się nie wyspał. Cóż… moje łóżko jest wygodne. Przywitałam się z nim i podeszłam do lodówki. Otworzyłam ją, a moim oczom ukazała się… pustka na skalę światową, nie licząc sera i zapleśnionego słoika w jednej z szuflad. Otworzyłam więc szafkę wiszącą nad blatem i, jak się spodziewałam, był w niej chleb. Niestety był na górnej półce. Kto to tam położył?!
- Pein?
- Słucham? - odwrócił się do mnie. Znowu patrzył się na mnie, jak na jakiegoś robaka.
- Mógłbyś podać mi chleb? Leży na górnej półce i go raczej nie dosięgnę…
- A co to, ktoś tu jest kurdupelkiem? - do środka weszła niebieskowłosa dziewczyna, Konan. Już przy naszym pierwszym spotkaniu mnie wnerwiła, ale chyba ogólnie miała coś z mózgiem.
- Już. - okolczykowany zignorował ją, wstał, podszedł do tej durnej szafki i wyciągnął chleb.
Jeszcze przy tym specjalnie trącił mnie ramieniem, niby tak zaczepnie, niby żeby pokazać, że ma władzę. Odwróciłam się do niego tak, że prawie stykaliśmy się nosami. Przestań się lampić. Staliśmy tak dłuższą chwilę, po czym zaczął się na mnie patrzeć z niebezpiecznym wyrazem twarzy. On czyta w myślach, czy jak? Zabrałam mu z dłoni chleb, niezniechęcona tą okropną miną. Zrobiłam sobie kanapki, a później poszłam do swojego pokoju.
Po kilkunastu minutach ich nie było i… nie miałam co robić. Z nudów poszłam pozwiedzać siedzibę. Odkryłam kilka nowych pomieszczeń, takich jak ogród botaniczny (wszędzie była marihuana, jeśli się nie myliłam), mała sala tortur - raczej do sadomaso - czy biblioteka. Po kilku godzinach czytania książek zaczęłam się niemiłosiernie nudzić. Przeczytałam kilka książek na temat ninja (pewnie fanatycy), chakry czy jak to się zwało. Jeśli to, co mówił rudy oraz zawartość książek jest prawdą, to mogę mieć niemałe kłopoty. Coś podobnego było w tym Naruto, może na tym sobie odwzorowali świat czy coś? Może udam się do gabinetu Peina po więcej informacji…? Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Z drugiej strony zanudzę się na śmierć… Wybrałam jednak pierwszą opcję i żwawo ruszyłam do gabinetu mojego przełożonego. Po drodze kilka razy się zgubiłam, ale w końcu dotarłam do miejsca. Zapukałam i powoli wsunęłam się do ciemnego pokoju.
- Pein? Mogłabym się dowiedzieć więcej na temat tego... waszego świata? - zaczęłam niepewnie.
-Mogłabyś. Pójdziemy na salę ćwiczeń i wszystko Ci pokażę, dobrze? - rudzielec wstał niechętnie zza biurka. No tak, bo jemu chce się Ciebie uczyć! - Żebyś mi uwierzyła na słowo, że to co mówię, jest prawdą... teleportuję się z Tobą.
Bez zbędnych ceregieli położył mi dłoń na ramieniu. Nie miałam nawet jak zaprotestować, kiedy świat przed oczami mi się rozmazał w jakieś tęczowe plamy. Przez chwilę chyba nie miałam gruntu pod nogami, bo po zorientowaniu się, co i jak, leżałam plackiem na trawie. Nade mną stał okolczykowany, uśmiechając się głupio pod nosem.
- Zacznijmy ten uroczy… wykład. Wytłumaczę Ci teraz, o co chodzi z czakrą, o której mówiłem Ci wczoraj i o której czytałaś, rozumiesz? - po moim niemym przytaknięciu kontynuował. - Czakra jest niezbędna nawet do najbardziej podstawowej techniki, polegającej na formowaniu fizycznej energii… To, co chcesz zrobić, na przykład chcesz wyłamać ścianę pięścią, do tego potrzebna ci jest. Rozumiesz wszystko? - potaknęłam twierdząco głową. – Zacznijmy teraz od sprawdzenia Twojej natury czakry.
Wstałam już bardziej ochoczo z ziemi i dostałam chyba lnianą karteczkę. W tamtej chwili patrzyłam się na niego jak na wariata. No przecież to kartka, chcesz, żebym coś na niej pisała? Bez długopisu?
- Jest pięć rodzajów czakry. Jeśli twoja będzie rodzaju ognia - ten papier zapali się, wiatru-przetnie się, błyskawic-zmarszczy się; Ziemi-pokruszy się; wody-kartka będzie mokra. Skup się na niej. To tak, jakbyś chciała uwolnić coś z siebie, na przykład złość.
Stałam tam jak jakiś słup przez 20 minut i nie mogłam nic zrobić. Skupiałam się i skupiałam, ale nic mi nie wychodziło.
- Spróbujmy inaczej… - znienacka pacnął mnie w plecy. Chyba się wystraszyłam, bo wydałam z siebie jakiś dziwny okrzyk i stało się wtedy coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Karteczka przecięła się na pół, pomarszczyła się, jedna strona pokruszyła się, druga zrobiła się wilgotna, a na koniec wszystko się spaliło. Rudy był niezwykle zdezorientowany, zresztą jak ja, ale w oczach widać było głębokie zadowolenie.
- No, no, ktoś tu włada chaosem... - szczególnie nie spodobała mi się wtedy ta iskierka.
Po skończonym "treningu" wyszłam z sali. Rudy coś tam jeszcze gadał o różnych technikach czy czymkolwiek innym ale ja go nie słuchałam. Nie mogłam się na niczym skupić, nie wiem czemu… Może mój mózg się zepsuł?
Powoli wczołgałam się do kuchni i natknęłam na Deidarę. To był wredny typ. Chodzi cały czas jakby się czegoś naćpał czy coś, do tego mnie bezczelniak wnerwia. Ale mnie to nie przeszkadza… prawda? Jestem bardzo tolerancyjna na choroby mózgu i innych części ciała. DeiGej, bo tak go wszyscy nazywają, wygląda jak typowa dziewczyna z mojego pierwszego gimnazjum w Polsce. Ma długie blond włosy do pasa i oczy prawie (ale tylko prawie!) jak moje, przeraźliwie niebieskie, a do tego zachowuje się jak małe, rozwydrzone dziecko. Zupełnym przeciwieństwem blondyna jest Itachi. Poznałam go wczoraj, nawet wymieniliśmy kilka okrojonych zdań ze sobą. na pierwszy rzut oka jest opanowany i spokojny, a nie taki jak to coś. Ma czarne włosy do ramion i… Kekkei Genkai, czyli takie „specjalne” umiejętności, w tym wypadku-Sharingan. Zapewnia mu kilka specjalnych mocy: pozwala dostrzec swojego przeciwnika wśród klonów i tłumów, jak i skopiować techniki wroga. Takie cacuszko też by mi się przydało, bo mogłabym pewnie patrzeć przez ściany...!
Zrobiłam sobie kanapkę z serem i spokojne usiadłam przy długim stole na dwanaście osób. Na moje nieszczęście blondyn zmienił swoje dotychczasowe miejsce i przysiadł się do mnie. Zaczął „uwodzicielsko” (według niego) wpatrywać się w moje zniesmaczone oczy. Niech sobie nawet niczego nie wyobraża. Wykastruję go przy najbliższej okazji, jeśli tylko będzie co.
- Deidara mogę się dowiedzieć, co ty robisz? - spytał mój nowy zbawca, który stał oparty o framugę dębowych drzwi.
- Ja…? Ja właśnie wychodzę, liderze…- wnerwiony blondyn wstał od stołu i popatrzył się gniewnie na rudzielca. Czyżby ktoś mu pokrzyżował plany? Wyszedł. Ten drugi nawet nie spojrzał na jego krzywą twarz, za to patrzył się na mnie.
- Tak przy okazji wtrącę, że trzeba nauczyć Cię bronić… Za to weźmiemy się na następnym treningu. - Pein dopiero po chwili ruszył do szafek i zrobił sobie ramen z saszetki. Siadł sobie naprzeciwko, nie robiąc sobie nic z wolnego miejsca "lidera" na końcu stołu.
- Możesz mi później pomóc? Mam trochę papierkowej roboty w gabinecie i nie wyrobię się chyba przez tydzień, a z tego co wiem, nie masz nic do roboty. - zaśmiał się cicho.
Chwilę porozmawialiśmy na temat najbliższych treningów, a później udałam się z Peinem do jego gabinetu. Już na wejściu wepchnął mi w dłonie stertę papierów. Popatrzyłam na nie i… nie mogę ze śmiechu… oni płacą podatki… Nic nie mówiąc rozglądnęłam się za krzesłem, przysunęłam je do biurka i zaczęłam to wypełniać. Wiedziałam o co w tym chodzi. Mój ojciec prowadził własną firmę, więc mnie tego nauczył. Co prawda o niektóre rzeczy wciąż musiałam się pytać, ale przynajmniej będzie na przyszłość. Kilka godzin wypełniałam te durne papierki. Co chwilę albo to ja spoglądałam na Peina, albo on na mnie. Zaczęło mi się robić trochę nudno… A ja, gdy się nudzę, jestem niebezpieczna dla otoczenia. Położyłam głowę na blacie, dalej pisząc. On nie ma tutaj nawet zegara, ale jak skończę, to sobie pójdę - tak przynajmniej mówiłam. Siedziałam więc sobie i wypełniałam puste pola, strzelałam też podrobione podpisy. W sumie to nawet jest fajne. Zostanę sekretarką Najwspanialniejszego Lidera Akatsuki Wszechczasów! Odwala mi…
Tak z minuty na minutę robiły mi się cięższe powieki. W którymś momencie nie wytrzymałam i zasnęłam...
*
Rano obudziłam się w dobrym humorze. Otworzyłam oczy i… raczej nie byłam w swoim pokoju. Ktoś mnie upił i zrobiłam coś głupiego?! Drzwi po mojej prawej stronie otworzyły się i stanął w nich rudzielec, który znowu wyglądał, jakby przynajmniej potrąciła go czarownica na miotle.
- Jak się spało, leniu? Wracaj do siebie, zanim ktoś to zobaczy. Jeszcze stracę swoją reputację szatana! - powiedział teatralnie i prawie siłą wyciągnął mnie z pokoju. Drzwi się za mną zatrzasnęły, jak gdyby nigdy nic. Dupek.
- Co Kemi-chan robiła tyle czasu u Peina-sama?! - koło mnie rozległ się przerażony pisk.
- To logiczne, że wypełniałam papiery przez całą noc. - spojrzałam z ukosa na, tak jak myślałam wcześniej, Tobiego.
-Kem-chan spała z liderem!
Chłopak wrzasnął na cały głos i pobiegł nieść tę "dobrą nowinę". Szybko pobiegłam za nim do kuchni i z całych swoich sił próbowałam go złapać. Gdy dorwałam tego gnojka zaczęłam okładać go pięściami, a wszyscy tam obecni zaczęli się śmiać.
- Puść go. Wystarczy mu tego dobrego. - odwróciłam się i zobaczyłam Lidera z rozbawieniem wymalowanym na twarzy. Popatrzyłam jeszcze na Tobiego i również zaczęłam się śmiać.
Szczerze? Wyglądał wtedy jak rozczochrany szop. Zeszłam z niego, otrzepałam z niewidzialnego kurzu i ruszyłam w stronę szafek. Jeśli już mogłam coś zrobić pożytecznego, to na pewno było to śniadanie. Była godzina 14, a o 15, jak ustaliłam z Peinem, będą treningi. Mam jeszcze trochę czasu. Siadłam sobie między Hidanem-zboczeńcem jakich mało, a Peinem. Po chwili poczułam na mojej zaiste zacnej nodze łapska, które powoli posuwały się w górę, mogłabym nawet pomyśleć, że do moich majtek. Wzięłam do ręki talerz, obróciłam się o dziewięćdziesiąt stopni i rozbiłam go Hidanowi na twarzy. Trafiłam idealnie, kilka odłamków wbiło mu się w skórę, a resztki masła wyjątkowo pięknie usmarowały mu twarz.
- Zabiję Cię…
Hidan wycedził te słowa przez zęby i wstał gwałtownie z krzesła. Chciał mnie uderzyć, ale jakimś cudem zablokowałam jego cios ręką. Na dokładkę wzięłam zamach i przyłożyłam mu z lewej pięści w twarz, a ten cios odrzucił go na ścianę. To było coś niezłego, chociaż pięść lekko mnie zabolała. Nie wiedziałam, skąd ta siła, ale widać to potrafi dać złość.
- Jeszcze raz mnie dotkniesz, to wypruję Ci flaki. - powiedziałam spokojnie, ale ze słyszalnym zadowoleniem w głosie, wyminęłam kilku gapiów, po czym udałam się do swojego pokoju. Nie było mi to dane, kiedy ktoś rzucił się na mnie od tyłu i uderzyłam czołem w blat. Światełka mi zamigotały przed oczami, ale ku mojemu zdziwieniu obróciłam się bez żadnego problemu. To tak, jakby coś mną wtedy sterowało. Chwyciłam poturbowanego srebrnowłosego za szyję, a później bez większego wysiłku podniosłam go za szyję do góry. Patrzyłam na niego z chęcią mordu, bo nie dość, że był zboczonym pedofilem, to jeszcze chciał mnie zabić. Chyba wyczytał to z moich oczu, bo jego twarz nagle zrobiła się biała jak papier. Ponownie wykonałam rzut, tym razem trafiając w jakąś pancerną, stalową szafę. Odwróciłam się, jak w amoku, i wybiegłam z pomieszczenia.
- Dziękuję za ingerencję! - powiedziałam do wszystkich jeszcze w progu.
Nikt nie raczył mi pomóc. A co by było, gdyby naprawdę coś mi zrobił?! Mogłam umrzeć, bo przecież mówił, że jest nieśmiertelny. Chyba zaczynam w to wszystko wierzyć... Od Deidary, czy Itachiego nie oczekiwałam jakiejkolwiek pomocy, ale na pewno Kisame i Kakuzu powinni byli wtedy zareagować. W końcu Hidan i szafa zostali uszkodzeni.
W trakcie drogi do pokoju poczułam, że coś spływa mi po policzku. Dotknęłam to miejsce ręką i… zobaczyłam jakąś czerwoną maź ciągnącą się od mojego kącika oka. Czym prędzej pobiegłam do Sasoriego - podobno tutejszego medyka. Mieszkał obok tego ogrodu botanicznego, w przeciwieństwie do innych miał pokój najbliżej głównego wejścia.
Zapukałam w jego drzwi, a chwilę później weszłam do środka. Gdy tylko czerwonowłosy obadał moje oczy, zawiązał mi na nich biały bandaż nasączony jakimś żelem. Kazał mi to trzymać przez dwie minuty. Był nieco zaskoczony i chyba po kogoś pobiegł. Nic nie widziałam, więc siedziałam cały czas w tym samym miejscu. Do pokoju weszły dwie osoby, a Sasori zdjął mi tę opaskę z oczu. Kazał mi je otworzyć.
- Niesamowite… - szepnął Pein, wpatrując się we mnie. Nie za bardzo wiedziałam co się dzieje.
- Mogę wiedzieć o co chodzi? - spytałam zdziwiona. Takie poruszenie, bo mi gluty z oczu płyną? Sasori podszedł do swojej małej komody przy łóżku i wyciągnął z niej małe lusterko w kształcie deltoidu. Podał mi je, a ja z zaskoczeniem przyglądałam się moim tęczówkom.
- Czy... ja mam kekkei genkai?
Kilka tygodni później...
Dzięki mojemu Kekkei Genkai, które teraz nazywamy Satsujin, byłam prawie (ale prawie) potężna. Miałam lekko zwiększoną szybkość, mogłam wykonywać te magiczne rzeczy dookoła (Pein mówi na to 'jutsu') bez pieczęci. Pein był zdumiony moim tak szybkim i dokładnym uczeniem się technik na pamięć, więc po prostu podawał mi nazwy, a ja znając tylko to, wykonywałam ją i nawet nieźle mi szło.
Dzisiaj robiliśmy trening głównie polegający na wzmocnieniu siły i mojej wydajności. Cały czas musiałam biegać, robić pompki, skakać, co było cholernie męczące. Na dłuższą metę nie było tak łatwo, bo jednak mięśnie często odmawiały mi jakiejkolwiek współpracy. Rudzielec obiecał mi, że nauczy mnie czytania w myślach, gdy skończymy trening.
Gdy zaczęłam wykonywać jedną z takich trudniejszych technik z ogniem, a udała mi się, Pein był zdziwiony, że ta czakra ciągle mi się nie kończy. Na dodatek moje rany bardzo szybko się goiły - ot, rana postrzałowa wyleczona za kilkanaście minut. Rudy zastanawiał się, czy nie mam jakiegoś demona, co próbowałam wybić mu z głowy. Już co-nieco wiedziałam o wyciąganiu demonów z ludzi i nie było to przyjemnym doświadczeniem.
Po skończonym treningu udałam się do naszego salonu, gdzie Kakuzu akurat grał z Itachim w karty. Grał to za mało powiedziane, ogrywał go na wielkie pieniądze! Gdy tylko to zobaczyłam, pomyślałam, że warto by sprawdzić, do czego mogą przydać się moje umiejętności… Uruchomiłam te magiczne patrzałki i w mgnieniu oka widziałam jakie mają karty! Tak to działa… ciekawe. Podeszłam do Itachiego i szepnęłam mu do ucha, jakie karty ma Kakuzu. Ten chyba mnie posłuchał, bo kilka minut później zaczął znacząco wygrywać. Jeśli dobrze pójdzie, to będę mieć kolejnego sojusznika.
Wyszłam z pomieszczenia, żeby nie narazić się wściekłemu Kakuzu, bo w końcu się zorientuje, że to moja sprawka. Idąc korytarzem spotkałam tego całego Zetsu - naszego kochanego, i jakże by nie, zielonego kanibala. Przesunęłam się na bezpieczną odległość i już miałam go minąć, gdy mężczyzna się na mnie rzucił. Samoistnie uaktywnił mi się Satsujin i zaczął tak.. atakować Zetsu…? Chyba na to wyglądało, bo zaczął miotać się po podłodze jak naćpany kot. Nie widziałam więcej, bo z piskiem uciekłam do siebie.
Pobiegłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Na wszelki wypadek przysunęłam pod nie komodę. Spojrzałam kątem oka na zegar, gdzie dochodziła godzina dwudziesta pierwsza. Ubrałam się w losową piżamkę wyciągniętą z szuflady i wskoczyłam do miękkiego łóżka. Po kilkunastu minutach już smacznie spałam, nie mając pojęcia, że ktoś może mi ten sen przerwać.
*
W środku nocy zaczęłam wrzeszczeć, gdy coś lub ktoś przyłożył mi obślizgłą dłoń do ust. Z przerażeniem otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą Zetsu śliniącego się na mój widok. Bałam się, że mnie zeżre - i to nie bezpodstawnie, bo przecież był kanibalem. Jadł ludzi, prawda?
- Możemy ją zjeść? - spytała jego czarna połowa. Wspominałam już, że ma rozdwojenie jaźni?
- Pewnie. Lider nawet nie zauważy, a musi być przecież smaczna. Taka jasna, soczysta. -odpowiedziała jej biała.
Zetsu ręką zasłonił mi oczy, tak na wszelki wypadek. Pewnie nie chciał popełnić swojego wcześniejszego błędu. Nie spodziewał się niestety, że moje Kekkei Genkai może wypalić mu rękę… Zaczął się wydzierać wniebogłosy i odskoczył ode mnie, jak oparzony. Miałam chwilę czasu, kiedy tak się miotał po pokoju, więc próbowałam skontaktować się telepatycznie z Peinem. Znałam tylko teorię, więc po prostu wołałam w myślach "Ratunku, pomocy, zaraz umrę!".
Moje modły chyba zostały wysłuchane. Drzwi zostały wyważone przez Peina, który chyba był w pełni swojej furii. Chwycił dwukolorowego za szmaty i rzucił nim o ścianę. Coś gruchotnęło, a następnie trzaskało, kiedy bił go pięściami we wszystkie wystające ze ściany części ciała. Ze swoim Rinnenganem w oczach chwycił roślinę za szyję i na chwilę zniknął w kłębach dymu. Pojawił się dosłownie chwilę później, kiedy zdążyłam otrzeć łzy z policzków. Popatrzył przez chwilę na zniszczenia, ale machnął na to ręką. Zbliżył się natomiast do mnie i położył mi dłoń na ramieniu.
- Nic Ci nie jest? - spytał mnie z… troską w głosie?
- Żyję, a to chyba dobrze. - uśmiechnęłam się smutno w tej ciemności. Jak na zawołanie zaświeciła się moja lampka nocna.
- Zostaniesz tutaj na noc? Zetsu może tu wrócić, bo nawet ja nie jestem w stanie go poskromić. Potrafi przechodzić przez ściany, a trwałe uszkodzenie go też nie wchodzi w grę, bo jest bardzo przydatnym szpiegiem. - westchnął cicho.
- Raczej wolałabym nie, ale raczej nie mam wyboru. No chyba, że coś proponujesz... - zachichotałam.
- A żebyś wiedziała, że proponuję. Możesz przenocować u mnie, a Sasori z rana naprawi Ci ścianę i drzwi. Aż się dziwię, że nikt jeszcze nie przyszedł zobaczyć, co się tutaj działo.
- Dobra, dobra. Masz drugie łóżko u siebie?
- Nie mam. Myślałem, że położysz się w moim łóżku, skoro i tak dzisiaj zarywam nockę. Mamy wiele zleceń i trzeba to będzie jakoś porozdzielać.
- Mhm… Wolę to, niż żołądek tego potwora.
W mgnieniu oka zostałam teleportowana do olbrzymiej sypialni. W dalszym ciągu nie znosiłam dobrze takich podróży, bo znowu kręciło mi się w głowie. Efekt wzmacniało to, że pachniało tam różami. Rudy usadził mnie na łóżku i życzył dobrej nocy, zamykając drzwi do jego gabinetu. Położyłam się wygodnie pod kołdrą, wdychając ten znajomy zapach perfum z poduszki. Od razu skojarzyło mi się z tymi pięknymi, szarymi oczami, które nie były wcale tak daleko, bo za ścianą.
'...pięknymi, szarymi oczami...'
Usłyszałam w głowie jego wredny chichot. Co za upierdliwiec, człowieku nie czytaj mi w myślach! To krępujące. Kontynuując… nie ma czego kontynuować, bo nie będę o nim myśleć… Jestem śpiąca… Bardzo… śpiąca…
*
Obudziłam się niebiańsko wyspana, czyli prawie, jak zawsze. Niechętnie otworzyłam oczy i mocno zdębiałam, bo przed sobą ujrzałam gęstą, pomarańczową czuprynę. Ta czupryna była wtulona… w moje piersi. Nie wiem, co się działo w nocy, ale tak na pewno nie będzie. Próbowałam go odepchnąć, ale ten jakby się uczepił!
- Pein, puść mnie. To nie jest zabawne słyszysz? Wstawaj, ruda pało! - pacnęłam go w głowę.
- Jak ty mnie nazwałaś, głupi bachorze…?
Oho, zaczyna się. Rudy podniósł głowę ze swojej dotychczasowej poduszki i rzucił się na mnie, przy okazji zwalając z łóżka. Stoczyłam się na lodowate drewno. Nie dałam za wygraną, bo chwyciłam za prześcieradło i z całej siły pociągnęłam do siebie. Nie był to dobrze przemyślany plan, bo w gruncie rzeczy to okolczykowany spadł na mnie, wbijając mi łokieć w brzuch. Do tego usiadł mi na biodrach, a lekkim osobnikiem na pewno mianować się nie mógł. Odwinął mi z twarzy prześcieradło - za to mogłam być mu wdzięczna.
- Czy ty to widzisz? Przez Ciebie zachowujemy się jak dzieci, a jesteśmy w organizacji pełnej kryminalistów i gwałcicieli. - powiedział, patrząc na mnie z góry.
- To co, do jasnego gwinta, robiłeś ze mną w łóżku? - wysyczałam w jego stronę.
- Leżałem, a miałem do tego prawo. Ta cała siedziba jest moja, ludzie są moi, łóżko jest moje i TY jesteś moja. - wywarczał, wskazując na siebie palcem. No chyba ci się coś we łbie poprzewracało!
- Czy ty właśnie określiłeś mnie jako swoją, ba, jako TWÓJ przedmiot? - zapytałam zdenerwowana. Koleś sobie chyba jaja robił.
- Tak. Jest to rzecz całkiem oczywista, czego nie raczyłaś zauważyć. Od dzisiaj nikt Cię nie tknie, nawet ten pieprzony Hidan, rozumiesz? I to samo tyczy się Ciebie. Żadnych obmacywanek z innymi. - mimo tego poważnego tematu zachichotałam na słowo "obmacywanki".
Chyba uraziłam tym dumę rudego, bo teleportował się do łazienki. Ja natomiast nieco zamroczona po kilku minutach pojawiłam się w swoim pokoju i zaczęłam przebierać w szafkach. Znalazłam sobie jakąś zieloną bluzkę z krótkim rękawem i szare spodenki. Pobiegłam do swojej łazienki i, gdy zobaczyłam siebie w lustrze, zaczęłam pękać ze śmiechu. Wyglądałam jak strach na wróble, a może nawet jak Bellatrix z Harry'ego Potter'a, jeśli nie gorzej. Z wielkim trudem rozczesałam swoje kłaki, umyłam się, na końcu założyłam ubrania. Zaczynałam przypominać człowieka - to bardzo dobry postęp.
Kiedy tylko wyszłam z łazienki zauważyłam zamyślonego Itachiego siedzącego u mnie na łóżku. Chyba nie kontaktował ze światem teraźniejszym, bo dzielnie podziwiał mój biały sufit.
- Itachi? Chciałbyś czegoś? - spytałam trochę zdziwiona jego obecnością.
- Chciałbym, abyś pomogła mi trochę… Jestem tutaj w sprawie misji z Deidarą. Mamy iść na bal, bo Ciebie lider ze mną nie puści. Twierdzi, że jesteś za mało doświadczona i krzywdę sobie zrobisz. Czy mogłabyś dać mi kilka kobiecych rad i kilka sukienek? - spytał wyraźnie zakłopotany. Cóż, chyba jednak będzie po mojej stronie. Oto jest to, co trzy tygodnie tutaj mogą zrobić z relacjami międzyludzkimi.
- A kto będzie kobietą…? - moja twarz wykrzywiła się w szaleńczym uśmiechu.
- Deidara. Czy mam go tutaj przyprowadzić?
- Jasne. Pomierzy, co potrzeba i będziecie mogli odejść w spokoju. - Gdy tylko to powiedziałam, Itachi z grobową miną zniknął i kilka minut później teleportował się do mojego pokoju wraz z blondynk…iem. W tym czasie zauważyłam, że wszystko jest już naprawione, a nawet nie ma zadrapań na ścianach.
Poczęłam grzebać w różnych szafkach. Wyjęłam kilka sukienek z największej i kazałam Deidarze przymierzyć. Współczułam mu, że to musi być kobietą w tym… związku. Chociaż znowu Itachi wyglądałby jak totalny idiota... Chwilę później blondyn znalazł idealny rozmiar dla siebie, a ja dołożyłam mu do tego przebrania srebrne rajstopki i naszyjnik. Wyglądał bardzo uwodzicielsko i, gdybym go nie znała, pomyślałabym, że jest ładną dziewczyną. Brakowało mu tylko tego i owego, ale dało się przeżyć. Szeptem zaproponowałam mu, że jeśli doklei sobie piersi z gliny, to mu stanik pożyczę. Zaczęłam się tarzać po podłodze, gdy zobaczyłam jego minę, ale później postąpił zgodnie z moimi wskazówkami.
Kiedy chłopcy wyszli, udałam się z powrotem do gabinetu Peina, żeby może wybulić jakąś misję - to nie był zły pomysł, może po tej porannej sprzeczce będzie jeszcze minimalna szansa na przekonanie go. Na korytarzu natknęłam się na okropnie zagłodzonego Zetsu. Kiedy tylko mnie zobaczył razu rzucił się na mnie i zanim zdążyłam zareagować, wstrzyknął mi coś zielonego w rękę. Szybko uciekł, zanim cokolwiek zrobiłam. Jeszcze szybciej pobiegłam do rudzielca. Zapukałam szybciutko do jego gabinetu. Gdy tylko weszłam do środka, poczułam wielkie ukłucie w głowie, po czym upadłam bezwładnie na ziemię.
Przez chwilę słyszałam kilka głosów... a może to był jeden? Nie wiedziałam, bo powoli zapadałam w bezdenną ciemność…
*Narrator*
Młoda, brązowowłosa dziewczyna w śpiączce leżała na stalowym stole operacyjnym w jednej z głównych siedzib Akatsuki. W tym czasie czerwonowłosy chłopak w płaszczu tej właśnie organizacji próbował ratować jej życie poprzez uleczanie jej ciała zaawansowanymi technikami leczniczymi i różnymi miksturami. Za ścianą laboratorium znajdowali się niektórzy członkowie Brzasku i niemalże płaczący chłopak, Tobi. Większość z nich nie ukazywała na twarzach ani części emocji, ale łączyło ich jedno - wszyscy czekali na wynik. Nie mogli stracić kolejnego towarzysza w zbrodni i chcieli pomóc, jak tylko się dało.
Dziewczyna została zatruta dekstrometorfanem przez jednego z nich, który dokładnie nie wiedział co robi. Leżał w sali, na stole obok niej, przykuty do metalowej ścianki. Sasori, bo tak nazywał się czerwonowłosy, po kilkudziesięciu minutach bezradności spróbował podjąć się ryzyka. Jego techniki nie działały, a nie zostało jej wiele czasu. Zaczął przeszczepiać jej pod skórę komórki dwukolorowego Zetsu, na którego nie działał ten śmiertelny składnik - w końcu był rośliną. Gdyby operacja jednak się nie udała, dziewczyna zginie. Jeśli komórki jakimś cudem przyjmą się, wystarczy tylko poczekać…
*Kemike*
Obudziłam się z dziwnym uczuciem, jakbym już wcześniej umarła. Nie czułam części swojego ciała. Próbowałam krzyczeć, ale z mojego gardła wydobywał się tylko krótki charkot. Nagle, obok mnie, w dymie, pojawił się jakiś rudy chłopak w czarnym płaszczu. Miał kilkanaście kolczyków na twarzy i patrzył się na mnie, jakbym miała umrzeć. Powoli przysunął się do mnie i pogłaskał niepewnie po głowie. Nie wiedziałam kim jest… Może to był mój brat?
Spróbowałam wstać, kiedy zaczęłam czuć, co i gdzie mam, ale udało mi się tylko usiąść. Powoli zaczęłam przypominać sobie kim jest ten szalony rudzielec i gdzie się znajduję, kiedy do tego samego pokoju wszedł Sasori. Wyciągnął z jakiejś małej szafki białe tabletki i kazał mi je popić szklanką wody. Smakowały obrzydliwie, aż myślałam, że zwymiotuję. Gdy tylko czerwony zobaczył, że wszystko wzięłam, poszedł sobie, a Pein dalej siedział i wpatrywał się we mnie tymi swoimi maślanymi oczyma. Pamiętam, co miałam zrobić, kiedy wchodziłam do jego gabinetu!
- To co, dostanę jakąś misję? - spytałam cicho.
- W tym stanie? No chyba sobie jaja robisz. Mało co nie otarłaś się o śmierć, a teraz chcesz stąd zwiewać? - spytał gniewnie, ale jego oczy ukazywały coś innego, jakby się o mnie martwił. W końcu podczas czasu spędzonego tutaj, w Akatsuki stał się dla mnie bliższą osobą niż rodzice. On nie oceniał z góry, on mi wszystko tłumaczył i pomagał, a to bardzo w nim ceniłam.
- Nie robię sobie jaj. Przy takiej okazji moglibyśmy udać się na kawkę! - uśmiechnęłam się do niego szeroko i tak myślę, że wtedy udało mi się rozładować napięcie między nami. Co prawda oberwałam przez to po głowie, ale sytuacja była nieco lepsza.
- Ja już wiem, co ty byś chciała ze mną zrobić. - przejechał sobie otwartą dłonią po twarzy.
- Nie wiem o czym mówisz. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
I chyba wtedy mnie olśniło, bo zrozumiałam, o czym wcześniej mówił.
I dalej twierdzę, że nie spotkałam nikogo z tak miękkimi ustami.
*
W końcu dostałam swoją pierwszą misję! W końcu mogę się stąd wyrwać! W końcu! Tylko… idę na nią z Itachim. Chyba nie jest za bardzo rozmowny, ale zastosujemy mój plan „Itachi zdolny do przyjaźni w godzinę”! Gdy byłam w trakcie szybkiego pakowania i wrzucałam do plecaka ostatnie skarpetki, do mojego pokoju wpadł Pein z niemiłą wiadomością dla mnie.
- Dzisiaj nie masz misji, pieczętujemy Shukaku. - gdy tylko usłyszałam to okrutne zdanie, zostałam brutalnie, ale to bardzo brutalnie, przytulona.
- Huh? Ile to będzie trwało? - spytałam z niezadowoleniem, kiedy udało mi się wyrwać z uścisku rudzielca.
- Dwa, trzy dni.
- No chyba coś ci się pokręciło! Nie będę siedzieć tam tyle czasu, nie ma mowy! - wrzasnęłam mu do ucha, co nie bardzo podziałało.
- Mam nadzieję, że nie będzie się nic działo. - mruknął i teleportował mnie do sali pieczętowania. Byli tam wszyscy, a niektórzy nawet w formie hologramów.
Świetnie. Miałam sobie tam siedzieć i pilnować głównego głazu, który zasłaniał nasze wejście do kryjówki. Po kilkunastu godzinach wypijania kawy z termosu, żeby nie zasnąć, usłyszałam trzaski. Dochodziły od strony naszego wejścia. Szybko tam pobiegłam i w tym momencie rozległo się takie wielkie „bum!”. Czyżby…? Tak. Do środka wbiegła garstka shinobi. Jak mniemam (i jak mi tłumaczył okolczykowany byli z Konohy. Dziewięcioogoniasty Naruto Uzumaki, Sakura Haruno i… chyba Sai mu było. Niestety mam słabą pamięć do imion. Ten pierwszy pobiegł przed siebie i mnie wyminął. Nawet go nie zauważyłam - niech inni się martwią - natomiast tamta dwójka zaczęła mnie atakować. Szybko uruchomiłam Setsujin i zaczęłam ich atakować płomieniami. Mogłam przewidywać ich ruchy, odpychać, przyciągać, co myło bardzo przydatne. Z sali za sobą słyszałam wielkie huki i… wycie. Czyżby Shukaku się uwolnił?!
Szybko rzuciłam przeciwnikami o ścianę i wbiegłam bardziej do środka. Tego co zobaczyłam, nigdy bym się nie spodziewała ujrzeć na oczy. Naruto uwolnił z siebie Kyuubiego i właśnie rozwalał nam sufit. Czy mogło być gorzej?! Pomogłam szybko Sasoriemu, który leżał pod najbliższą stertą gruzu. Odkopałam go i w samą porę postawiłam metalową barierę, bo prawie dostaliśmy jednym z ogonów Jinchuurikiego. Na szczęście jeszcze nie obudził się Shukaku, bo wtedy mielibyśmy totalnie przewalone.
Sasori był w niezbyt dobrym stanie… Miał złamane swoje obie drewniane ręce, przez co nie mógł już posługiwać się marionetkami. Teleportowałam się z nim do jego pokoju i pomogłam mu przykręcić rękę. Trochę czasu nam to zajęło, a przy posągu, do którego zostały „wsysane” ogoniaste, robiło się bardziej niebezpiecznie. Wątpię, żeby coś się stało tam poważnego, bo wszyscy z naszej organizacji tam byli i spokojnie mogli powstrzymać innych.
Nagle zaczęło dziać się coś niespodziewanego… Na głowy zaczęło zawalać się sklepienie. Szybko stworzyłam barierę nad Sasorim i całym korytarzem. Mocno wyczerpało to moje siły, ale najszybciej, jak tylko mogłam, teleportowałam się obok Peina, który też był mocno zadrapany. Koło niego stała jakaś czarnowłosa dziewczyna. Nie znałam jej, ale kiedy zobaczyłam, że go leczy, poczułam ulgę. Rudzielec podał mi kilka swoich przetworników czakry i powiedział, jaki miał plan.
Ni stąd, ni zowąd, usłyszeliśmy kolejny ryk i uwolnił się Shukaku. Ja to mam szczęście. Biegałam dookoła niego i jakoś próbowałam się do niego zbliżyć. Niezbyt mi to szło, bo cały czas rzucał o ścianę przy pomocy swojego ogona. Przez większość czasu próbowałam wbić mu w to przeklęte ciało przetworniki, ale często miałam zajęte ręce, bo jednak inni też mnie atakowali.
W którymś momencie walki zaryzykowałam i spróbowałam rzucić to w niego, podczas gdy reszta zajmowała się Kyuubim. Takie sprawy tylko u nas.
Rzut.
Trafienie.
Chyba mi się udało... Tak, udało mi się! Dzięki tym przetwornikom, które po części pochłaniają czakrę, Shukaku będzie osłabiony. Gdy już wskakiwałam na niego, musiałam unikać shurikenów, które rzucała Sakura. Jeszcze tylko jedenaście...!
*
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)