Przeczytałeś? Skomentuj!
~
Wszystkich, którzy nie trawią parodii/dużej ilości emotikon/mojego stylu pisania, bądź nie wiedzą co to jest Naruto i nie chcą wiedzieć, proszę o opuszczenie strony. Nie chcę nieprzyjemności.
UWAGA: Występują wulgaryzmy (pewnie kilka wyrazów), sceny przemocy.
Zachowano pisownię oryginalną.
Rozdział pierwszy: The fighter, dancing through the fire.
Mieszkałem na obrzeżach Wioski Miodu. Mój dom był przestronny i jasny. W rogu stał stolik do pisania listów, a przy nim stare krzesło bez jednej nogi. Po środku sali, zakurzony dębowy stół z półmiskami, a przy nim, na jednym z krzeseł, siedział szkielet. Kościstymi rękoma podpierał krzywą żuchwę z pożółkłymi zębami. Z oczodołu wyglądał samotny, zaciekawiony pająk. Każdego by przeszył zimny dreszcz na taki widok, ja jednak byłem dziwnie spokojny. Ostatnio jakoś nie straszyły mnie takie widoki. Rzecz ujmując, codzienne mordowanie ludzi mnie do tego przyzwyczaiło.
Skoro i tak zginą, to czemu miałem tego nie robić? To dawało mi jakąś chorą satysfakcję, aż strach było się do mnie zbliżać.
Jednak
pewnego dnia odwiedziła mnie pewna osoba. Wcale nie ukazywała mi
strachu, co było naprawdę dziwne. Osobnikiem tym był wysoki, rudowłosy
mężczyzna, o wielu kolczykach na twarzy. Wszedł oknem na parterze i
rozsiadł się wygodnie w fotelu, jakby mieszkał tutaj od zawsze. Nie
robił sobie nic z mojej obecności, zdenerwowania, a nawet zdecydowanie
patrzył się na mnie, gdy celowałem w niego nożem.
-
Wynoś się z mojego domu.-warknąłem, na co uśmiechnął się lekko. Jak
gdyby nigdy nic pojawił się za mną i wykręcił mi rękę do tyłu,
wyrzucając broń gdzieś w kąt pokoju. Widać, że to shinobi. Nigdy nie
miałem z nimi do czynienia, bo tutaj, w okolicy, były same pola, a w
mieście - sami wieśniacy. Tylko ich tutaj zabijałem.
- Nie tym tonem, szczeniaku.-wyszeptał mi do ucha i powoli puścił.- Mam dla Ciebie propozycję.
Zwinnym
ruchem odskoczyłem od niego. Oparłem się o ścianę czekając, co ma mi do
powiedzenia. Nie widziałem innego wyjścia, w każdej chwili mógł mnie
przecież zabić... Nie to, ja się go nie boję...! Kątem oka zauważyłem,
że mam drogę ucieczki. Drzwi były otwarte, ale to, czy ich użyję, było
jeszcze niepewne.
- Co chcesz ode mnie? Chcesz mojej śmierci, jak mieszkańcy tego miasteczka? - prychnąłem na niego.
Niespodziewanie
podszedł do mnie i odwrócił moją twarz bokiem do siebie. Zamruczał coś i
spokojnie wpatrywał się w znak na mojej szyi. Dotknął go delikatnie
opuszkami palców, a w mojej głowie zawirowało, aż musiałem przytrzymać
się ściany. Co to ma być...? On stosuje na mnie czarną magię, czy jak?
-
Puść mnie, do cholery! - odepchnąłem go od siebie, po czym zsunąłem się
na ziemię. Jakoś mnie osłabił... Powinienem być czujny, bo shinobi są w
końcu do tego zdolni!
-
Nigdy nie zastanawiałeś się, czemu masz taką władzę nad ogniem?
Dlaczego przez to zostałeś skazany na śmierć w wyginiętym teraz Klanie
Czerwonej Śmierci? - kucnął przede mną, a moje wspomnienia powróciły,
jak z bicza strzelił.
Kolejny raz dostał w kość. Za co? Za to, że żył. Miał 12 lat i odkąd pamiętał - zawsze to samo.
Nienawiść
okazywana zamiast miłości. Zamiast rodzicielskiej opieki - spojrzenia
pełne chłodu i pogardy oraz często jakieś lanie, bez powodu. Miał dwóch
starszych braci. Byli shinobi, chodzili na treningi. No właśnie,
treningi… jeden z nich miał się zaraz rozpocząć. Drzwi do pomieszczenia
otworzyły się i weszła dwójka zielono-włosych chłopaków. Jeden podszedł i
pociągnął za łańcuch w obroży zmuszając chłopca do wstania. Pociągnął
go za sobą na pole treningowe. Rozpoczęły się katusze, białowłosy robił
za worek treningowy. Co chwilę miał bliższe spotkania z drzewami lub
ziemią. Po około dwóch godzinach znudziło im się znęcanie nad nim. Jeden
kopnął go boleśnie w brzuch.
- Czemu mi to robicie?-spytał cicho.
-
Przecież wiesz. Jesteś bestią, potworem, śmieciem. Nie zasługujesz na
lepsze traktowanie. Mogłeś się nie wyróżniać, nie podpalać miasta. Nie
zasługujesz na życie, ale to już nie od nas zależy, na razie…
Zaciągnęli małego z powrotem do domu i zamknęli w ciemnym, pustym pomieszczeniu, w którym przebywał przez cały czas. Upadł na ziemię i nie miał siły wstać, jak zawsze po „treningu” braci.
Zerknąłem gdzieś w bok, ukrywając zaszklone oczy pod moją długą grzywką.
- Do czego dążysz?
- Chcę, abyś dołączył do Akatsuki.-powiedział mi to prosto z mostu. Podniosłem na niego wzrok i spotkałem się z kamienną twarzą okolczykowanego.
- Ty chyba nie...
-
Widziałem, jak mordujesz ludzi, jak bawisz się ogniem. Mało kto potrafi
wytworzyć smoka, bez użycia do tego chakry. U nas będziesz cały czas
kształcić swoje umiejętności, a nie gnić pod jakąś mało znaną wioską.
Pomogę Ci we wszystkim, czego będziesz potrzebował. Oczywiście, zgoda
nawiązuje też do mieszkania z największymi mordercami świata pod jednym
dachem. To jak? - wstał i wyciągnął do mnie rękę - Umowa stoi?
Rozważając wszystkie "za i przeciw" niepewnie podałem mu dłoń.
- W takim razie, witaj w Akatsuki.
Rozdział drugi: Rommate - mam współlokatorkę!
Dedykacja dla kochanych moich Anonimków!
Obudziło mnie delikatne klepanie po policzkach, do tego strasznie bolał mnie nadgarstek. Powoli otworzyłem oczy i zauważyłem kilka osób pochylających się nade mną. Klęczący obok mnie, Pein, uśmiechnął się lekko.
- Gdybym wiedział, że tak często coś będzie Ci się działo, to byś nawet tutaj nie siedział. - mruknął cicho, a gdzieś z tyłu rozległ się chichot. O nie, nie dam im tej satysfakcji.
Poderwałem się z ziemi, co było wielkim błędem. Od razu zakręciło mi się w głowie i, gdyby nie okolczykowany, runąłbym na ziemię jak długi. Pomógł mi jakoś doczołgać się do krzesła, po czym jakoś mnie tam usadził. Po chwili widziałem go już na jakimś "podium", zaczynając przemowę.
- Siadać. Wszyscy są? - spytał na sam początek - Dobrze, chciałbym przedstawić Wam nową osobę, która dzisiaj przyłączyła się do naszej organizacji. Jest to Aseverus Espada, nukenin z Wioski Miodu, aktualnie władający ogniem. Potrzebny jest dla niego trener, ktoś się zgłasza? - rękę podniosła jakaś niebieskowłosa dziewczyna, wchodząca do pomieszczenia. Teatralnie ziewnęła i zerknęła na mnie kątem oka.
- Ja bardzo chętnie pouczę tego dzieciaka. - już wtedy mi się nie spodobała. Była wredna, wredna, wredna. Jak wredna? Bardzo.
- Orioka, dlaczego do cholery jesteś w piżamie i spóźniasz się na zebrania?! - widać, że nawet Peinem się nie przejęła. Schyliła się, eksponując swoje pośladki. Wygrzebała z najniższej półki jakąś miskę i położyła ją na mahoniowym stole.
- To proste. Po prostu mi się nie chciało, misiu. - mruknęła, nasypując sobie płatków do naczynia, zalewając to wszystko mlekiem. Przyrzekam, że nigdy nie widziałem takiej... głupiej dziewczyny.
- Zamknij paszczę i siadaj na dupie, przy stole. - warknął na nią, poprawił kołnierz i zwrócił się w stronę członków organizacji. - Ktoś jeszcze, prócz Satsugou? - Jak na złość, nikt się nie zgłosił. Popamiętają mnie jeszcze, gdy będę podpalał im pokoje. No jak można zostawić mnie z takim... - O, Itachi. Ty będziesz prowadził treningi Espady.
Jak poparzony odwróciłem się do tyłu. Za mną stał wysoki, dobrze zbudowany osobnik, o kruczoczarnych włosach i oczach tego samego koloru. Patrzył się na mnie tak zimno, że aż przeszły mnie ciarki. Doskonale zdawałem sobie sprawę, kim jest. Wielki Morderca klanu Uchiha, legenda Wioski Liścia, czasem nawet w naszej wiosce było o nim głośno.
- Dobra. A teraz misje. - rudy wyciągnął zza pleców kilka żółtych teczek. - Kakuzu i Hidan... Arate Hogokunimiji, morderca, za którego głowę jest duża suma. Reszta w środku. - Rzucił jedną w stronę zamaskowanego mężczyzny o czerwono-zielonych oczach. Widać, że się ucieszył, patrząc na srebrnowłosego, wyjącego "Dlaczego ja?!". Chyba nie bardzo się lubią... - Orioka, Sasori, Deidara mają zwiad i zabicie wszystkich w opuszczonym szpitalu Wioski Mgły. Tworzą się tam oddziały, na wzór Anty-Akatsuki-
- A ty nie idziesz ze mną, misiu?! Przecież jesteśmy p-a-r-t-n-e-r-a-m-i! - zielonowłosa dokładnie zaznaczyła każdą literę tego wyrazu, wieszając się przy tym na "liderze". Aż się żal człowieka robi, takie upierdliwości znosić. Rudy popatrzył się na mnie, jakby wiedział o czym myślę. Uśmiechnął się lekko, odklejając od siebie to coś.
- Po pierwsze: JA tutaj jestem Liderem, nie TY. - pstryknął ją palcem w nos - Po drugie: bo JA tak mówię. A teraz won na misję. - Tymi słowami zgasił w niej cały entuzjazm. Teatralnie zaszlochała, przetarła oczy rękawem i rozpłynęła się w powietrzu. - Espada do mojego gabinetu, omówimy sobie kilka spraw.
Powoli wstałem z krzesła, nadal lekko się chwiejąc. Po jakiejś chwili rudzielec chwycił mnie za ramię, zarazem teleportując do swojego zagraconego biura.
- Potrzebuję tylko kilku informacji. - sięgnął dłonią na biurko i chwycił jakąś kartkę. - Wypełnisz to w swoim pokoju. - Mówiąc to, podał mi srebrny kluczyk z numerkiem 16 oraz jakieś czarne zawiniątko. - Do końca tego korytarza, na lewo. A teraz zmykaj.
Cóż, dojście do drzwi okazało się dość trudne. Przez cały czas musiałem uważać, ażeby przypadkiem nie stanąć na kupę papierów. Po tak męczącym wysiłku udało mi się stamtąd wydostać. Ruszyłem przed siebie, kilka razy potykając się o dziurawy dywan. Na korytarzu spotkałem Hidana i Kakuzu, spinających się o zepsuty zamek w ich wspólnych drzwiach do pokoju. Otworzyłem swoje parę, dodatkowo zaświecając światło. Tylko nie mówcie mi, że...
- Ohayo, dzieciaku!
...mam współlokatorkę?!
Stanąłem w miejscu, jak słup soli. Pein chyba sobie żartuje, że niby ja mam mieszkać z... nią?!
- Cześć, Orioka. - powiedziałem sztywno, patrząc na pakująca się dziewczynę. - Czy ty w tym momencie nie miałaś być na misji z resztą?
- Miałam. - uśmiechnęła się głupio - Ale trochę mi się zaspało, więc sobie trochę poczekają, tam, na zewnątrz. - skoczyła na swój niebieski plecaczek, próbując go jakoś domknąć. No, nie rozumiem jej. Wzięła chyba wszystko, co mogła mieć w szafkach...
- Mhm. To łóżko jest moje?
Zerknąłem kątem oka na niebieskowłosą. Jej brak reakcji uświadomił mnie, że zapewne tak. Była teraz całkowicie skoncentrowana na mordowaniu biednego zamka, który widocznie odmawiał jej posłuszeństwa. W końcu, wnerwiona do granic możliwości, oderwała go i zapieczętowała wszystkie swoje rzeczy w zwoju. Pośpiesznie założyła buty, a po chwili wybiegła z pomieszczenia.
- Nie czekaj z obiadem! - wydarła się, jeszcze na progu.
Westchnąłem ze zrezygnowaniem, a jakoś po chwili z małym zainteresowaniem zajrzałem do pierwszej-lepszej szafki, po mojej stronie pokoju, który chyba malowała Orioka. Biały nie pasuje do fioletowego, powiedzcie jej to... A meble, do tej całej mieszanki, są brzozowe...
- Aseverus-senpaiii! - coś wielkiego rzuciło mi się na szyję, przygniatając do ziemi i pozwalając mojej twarzy, aby przejechała po całej wysokości mebla. Resztkami siły zrzuciłem z siebie to wielkie cielsko, zakrywając rękoma twarz.
- O matko, boli...
- Tobi przeprasza! Tobi nie chciał nic zrobić! - wydarło się. Między palcami udało mi się zobaczyć pomarańczową maskę, przypominającą piłkę do kosza.
- To po kij na mnie skakałeś? - jęknąłem, krzywiąc się z bólu.
Nagle do mojego pokoju wleciał kolejny osobnik. Wielka muchołówka po obu stronach głowy, małe, żółte oczka i biało-czarna skóra. Wystraszyłem się, nie na żarty, bo to coś zaatakowało mnie w kuchni...
- O, Tobi! Przyjacielu, tutaj się chowasz co?
Nic mu nie zrobimy, prawda?
Oj, no najwyżej zjemy...
Tak, tak!
- Ai, Zetsu-san! - pisnęło, jak mniemam, dziecko i schowało się za moimi plecami. - Nie bij Tobiego! Tobi to grzeczny chłopiec!
- Bo co mi zrobisz? Jesteś tylko małym tchórzem, którego muszę zabić, bo ukradł mi cały stos mięsa! - wydarł się, a ja jakoś zacząłem się śmiać na cały głos. Co jak co, ale o takie rzeczy chyba jeszcze nikt się nie chciał zabijać... - A ty z czego rżysz, smarkaczu?
Gdy gwałtownie podszedł w naszą stronę, Tobi zaczął oznajmiać swój strach, bo trząsł się, jakby miał drgawki. W tym momencie włączyła mi się taka mała, czerwona lampka. Podniosłem się z podłogi i w sumie nic mi to nie dało, bo dalej był wyższy o dwie-trzy głowy. Zasłoniłem zamaskowanego swoim ciałem, chyba uruchomił mi się jakiś instynkt pomocy.
- Z Ciebie, kwiatuszku - mruknąłem w jego stronę - Zachowuj się, jak na członka organizacji przystało i wynoś się z mojego pokoju.
- No popatrzcie, smarkacz broni smarkacza! Może mam znowu zrobić Ci to, co zrobiłem na zebraniu? - oblizał się i, chwytając mnie za ubranie, rzucił moim małym ciałem o ścianę.
Wtem do pomieszczenia wkroczył nasz kochany, wielebny Lider. Jak gdyby nigdy nic, przejechał pięścią po twarzy dwukolorowego, zostawiając na niej dość głębokie wgniecenie. Wytachał go na korytarz, ciągnąc za kołnierz płaszcza. Co z tego, że się dosuł - należało mu się! Nie będzie biednego dziecka straszył.
- Hej, Tobi, tak? Nic Ci nie jest? - przyczołgałem się na czworaka do niego. Chował głowę między kolanami i mruczał coś do siebie. - Zetsu już tutaj nie ma, widzisz?
- Nic wam nie jest, dzieciaki? - uśmiechnął sie lekko w naszą stronę.
- Nie jesteśmy dziećmi, Pein-sama! - pisnął pomarańczowy i, w jednej chwili, wybiegł z pomieszczenia. Popatrzyłem się na to jakoś tak dziwnie, a chwilę później już stałem an nogach.
- Co ty masz takiego w sobie, że od samego początku masz takiego pecha?
- Wrodzona niezdarność i jakaś tam choroba. - machnąłem a to ręką i z ulgą położyłem się na dość wygodnym łóżku. Kątem oka jeszcze zdążyłem zauważyć, jak wielki błąd popełniam. Spod poduszki wystawał kawałek sznurka, a po położeniu tam głowy usłyszałem ciche "klik".
- Nie ruszaj się.
Gdzieś za moimi plecami usłyszałem cichy głos. Rudy położył mi dłoń na ramieniu, w mgnieniu oka teleportując się ze mną na korytarz. W tym momencie rozległ się tak wielki huk, że jakaś lampa, o mało co, nie spadła nam na głowy, ale podpaliła kawałek dywanu. Po chwili ognia już tam nie było, ale pozostał do sprawdzenia mój cichy kąt... Nie, teraz na pewno nie był cichy.
- Czy ta dziewczyna...?
- Właśnie chciała Cię wysadzić. - przytaknął mi okolczykowany, jakby wiedząc, o co w tej chwili spytam.
Po wpadnięciu do środka, zauważyłem, że jej część pokoju była w stanie NIENARUSZONYM. Może ustawiła to tylko na wybuch... Powoli przekroczyłem granicę brudu i znalazłem się w kolorowej stronie. Jak gdyby nigdy nic podpaliłem jej kołdrę, jednocześnie wywalając szafkę na ziemię. Z jednej szuflady wysypały się... gazetki Playboya. O matko, nie pozwolę tak zmarnować tego cudeńka. Chwyciłem je w swoje małe rączki i wymknąłem się z pokoju. Pod drzwiami, a raczej ich okruchami, stał Lider z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Zastanawiam się, gdzie będziecie mieszkać. - mruknął w odpowiedzi na moje niezadane pytanie. - Z tego, co mi wiadomo, Konan ma w swoim pokoju wolne łóżko. Za gabinetem, u mnie, jest taka sama sytuacja...
- Moge mieszkać z tą całą Konan... - nagle oberwałem po głowie z pięści.
- Nawet o tym nie myśl. - warknął na mnie, a chwilę później na jego twarzy zagościł najwredniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. - Ty mieszkasz ze mną. Utrę nosa tej głupiej babie. - ostatnie zdanie wypowiedział ciszej i teleportował nas do, chyba, jego luksusowego apartamentu. Czerwone ściany, czarny dywan, czerwone pościele, czarne meble, czerwone kafelki w łazience, czarne jacuzzi.
- Chyba żartujesz. - popatrzyłem się na niego wielkimi oczami. On tylko mruknął coś, wychodząc do swojego biura. Wepchnąłem gazetki pod jedno łóżko, a sekundę później poczułem morderczą aurę, wchodzącą do środka.
- Espada, trening. - niezapowiedzianym gościem okazał się Uchiha z emanującą od niego chęcią mordu. Jak potulny baranek ruszyłem za nim na pole treningowe.
- No, to na początek 30 okrążeń wokół sali
** kulisy **
Tak bardzo przepraszam, że że nie dodawałam notki! Internet mi wysiadł i nie mogłam D:
Pein: Tak, jasne, bo ci uwierzą =:_;=
Zamknij się, bo Cię przerobię na szynkę...
Konan: Zostaw go ty...! <wnerw>
Orioka: <przeskakuje niebieskowłosej po twarzy> ... krokodylu! xD
Co za tępe robaki... =____=
Sasori: <włazi do pokoju> Asev weź mi to wytłumacz... <podaje mu do łapki Playboya>
Asev: O kurde! Yyy... to Peina! <rzuca liderowi pismem w twarz>
Pein: <wywraca się i zarywa nosem o kant stołu>
Ej, ej! Schodzimy z tematu!
Deidara: To ja to powiem, un! >_< Rozdziały...
Hidan: <włazi do środka> ... będą ukazywać się co 6-7 dni, bo Unateko to pierdoła.
Spadaj >___<
Nie obrażać mi żony =___=
O, Anoiz .___. Co ty robisz za kulisami?
Siedzę ;___; Tęskniłem za Tobą ;______; <rzut na Unę>
Złaź ze mnie, ty padalcu niedorobiony! <zrzuca go z siebie>
Orioka: I tym miłym akcentem kończymy dzisiejsze opowiadanie! <uśmieszek>
Tobi: <wychodzi z kanalizacji>
Orioka: Ale.... Tobi, jak? XD My tu nie mamy kanalizacji ._.
Tobi: Tobi chciał powiedzieć, że musicie komentować dla Tobiego!
Hidan: I wypełniać Ankietę dla Hidana...!
Złaź ;____;
Pein: Dobranoc...!
Obudziło mnie delikatne klepanie po policzkach, do tego strasznie bolał mnie nadgarstek. Powoli otworzyłem oczy i zauważyłem kilka osób pochylających się nade mną. Klęczący obok mnie, Pein, uśmiechnął się lekko.
- Gdybym wiedział, że tak często coś będzie Ci się działo, to byś nawet tutaj nie siedział. - mruknął cicho, a gdzieś z tyłu rozległ się chichot. O nie, nie dam im tej satysfakcji.
Poderwałem się z ziemi, co było wielkim błędem. Od razu zakręciło mi się w głowie i, gdyby nie okolczykowany, runąłbym na ziemię jak długi. Pomógł mi jakoś doczołgać się do krzesła, po czym jakoś mnie tam usadził. Po chwili widziałem go już na jakimś "podium", zaczynając przemowę.
- Siadać. Wszyscy są? - spytał na sam początek - Dobrze, chciałbym przedstawić Wam nową osobę, która dzisiaj przyłączyła się do naszej organizacji. Jest to Aseverus Espada, nukenin z Wioski Miodu, aktualnie władający ogniem. Potrzebny jest dla niego trener, ktoś się zgłasza? - rękę podniosła jakaś niebieskowłosa dziewczyna, wchodząca do pomieszczenia. Teatralnie ziewnęła i zerknęła na mnie kątem oka.
- Ja bardzo chętnie pouczę tego dzieciaka. - już wtedy mi się nie spodobała. Była wredna, wredna, wredna. Jak wredna? Bardzo.
- Orioka, dlaczego do cholery jesteś w piżamie i spóźniasz się na zebrania?! - widać, że nawet Peinem się nie przejęła. Schyliła się, eksponując swoje pośladki. Wygrzebała z najniższej półki jakąś miskę i położyła ją na mahoniowym stole.
- To proste. Po prostu mi się nie chciało, misiu. - mruknęła, nasypując sobie płatków do naczynia, zalewając to wszystko mlekiem. Przyrzekam, że nigdy nie widziałem takiej... głupiej dziewczyny.
- Zamknij paszczę i siadaj na dupie, przy stole. - warknął na nią, poprawił kołnierz i zwrócił się w stronę członków organizacji. - Ktoś jeszcze, prócz Satsugou? - Jak na złość, nikt się nie zgłosił. Popamiętają mnie jeszcze, gdy będę podpalał im pokoje. No jak można zostawić mnie z takim... - O, Itachi. Ty będziesz prowadził treningi Espady.
Jak poparzony odwróciłem się do tyłu. Za mną stał wysoki, dobrze zbudowany osobnik, o kruczoczarnych włosach i oczach tego samego koloru. Patrzył się na mnie tak zimno, że aż przeszły mnie ciarki. Doskonale zdawałem sobie sprawę, kim jest. Wielki Morderca klanu Uchiha, legenda Wioski Liścia, czasem nawet w naszej wiosce było o nim głośno.
- Dobra. A teraz misje. - rudy wyciągnął zza pleców kilka żółtych teczek. - Kakuzu i Hidan... Arate Hogokunimiji, morderca, za którego głowę jest duża suma. Reszta w środku. - Rzucił jedną w stronę zamaskowanego mężczyzny o czerwono-zielonych oczach. Widać, że się ucieszył, patrząc na srebrnowłosego, wyjącego "Dlaczego ja?!". Chyba nie bardzo się lubią... - Orioka, Sasori, Deidara mają zwiad i zabicie wszystkich w opuszczonym szpitalu Wioski Mgły. Tworzą się tam oddziały, na wzór Anty-Akatsuki-
- A ty nie idziesz ze mną, misiu?! Przecież jesteśmy p-a-r-t-n-e-r-a-m-i! - zielonowłosa dokładnie zaznaczyła każdą literę tego wyrazu, wieszając się przy tym na "liderze". Aż się żal człowieka robi, takie upierdliwości znosić. Rudy popatrzył się na mnie, jakby wiedział o czym myślę. Uśmiechnął się lekko, odklejając od siebie to coś.
- Po pierwsze: JA tutaj jestem Liderem, nie TY. - pstryknął ją palcem w nos - Po drugie: bo JA tak mówię. A teraz won na misję. - Tymi słowami zgasił w niej cały entuzjazm. Teatralnie zaszlochała, przetarła oczy rękawem i rozpłynęła się w powietrzu. - Espada do mojego gabinetu, omówimy sobie kilka spraw.
Powoli wstałem z krzesła, nadal lekko się chwiejąc. Po jakiejś chwili rudzielec chwycił mnie za ramię, zarazem teleportując do swojego zagraconego biura.
- Potrzebuję tylko kilku informacji. - sięgnął dłonią na biurko i chwycił jakąś kartkę. - Wypełnisz to w swoim pokoju. - Mówiąc to, podał mi srebrny kluczyk z numerkiem 16 oraz jakieś czarne zawiniątko. - Do końca tego korytarza, na lewo. A teraz zmykaj.
Cóż, dojście do drzwi okazało się dość trudne. Przez cały czas musiałem uważać, ażeby przypadkiem nie stanąć na kupę papierów. Po tak męczącym wysiłku udało mi się stamtąd wydostać. Ruszyłem przed siebie, kilka razy potykając się o dziurawy dywan. Na korytarzu spotkałem Hidana i Kakuzu, spinających się o zepsuty zamek w ich wspólnych drzwiach do pokoju. Otworzyłem swoje parę, dodatkowo zaświecając światło. Tylko nie mówcie mi, że...
- Ohayo, dzieciaku!
...mam współlokatorkę?!
Rozdział trzeci: Niszczycielka mojej psychiki.
- Ohayo, dzieciaku!Stanąłem w miejscu, jak słup soli. Pein chyba sobie żartuje, że niby ja mam mieszkać z... nią?!
- Cześć, Orioka. - powiedziałem sztywno, patrząc na pakująca się dziewczynę. - Czy ty w tym momencie nie miałaś być na misji z resztą?
- Miałam. - uśmiechnęła się głupio - Ale trochę mi się zaspało, więc sobie trochę poczekają, tam, na zewnątrz. - skoczyła na swój niebieski plecaczek, próbując go jakoś domknąć. No, nie rozumiem jej. Wzięła chyba wszystko, co mogła mieć w szafkach...
- Mhm. To łóżko jest moje?
Zerknąłem kątem oka na niebieskowłosą. Jej brak reakcji uświadomił mnie, że zapewne tak. Była teraz całkowicie skoncentrowana na mordowaniu biednego zamka, który widocznie odmawiał jej posłuszeństwa. W końcu, wnerwiona do granic możliwości, oderwała go i zapieczętowała wszystkie swoje rzeczy w zwoju. Pośpiesznie założyła buty, a po chwili wybiegła z pomieszczenia.
- Nie czekaj z obiadem! - wydarła się, jeszcze na progu.
Westchnąłem ze zrezygnowaniem, a jakoś po chwili z małym zainteresowaniem zajrzałem do pierwszej-lepszej szafki, po mojej stronie pokoju, który chyba malowała Orioka. Biały nie pasuje do fioletowego, powiedzcie jej to... A meble, do tej całej mieszanki, są brzozowe...
- Aseverus-senpaiii! - coś wielkiego rzuciło mi się na szyję, przygniatając do ziemi i pozwalając mojej twarzy, aby przejechała po całej wysokości mebla. Resztkami siły zrzuciłem z siebie to wielkie cielsko, zakrywając rękoma twarz.
- O matko, boli...
- Tobi przeprasza! Tobi nie chciał nic zrobić! - wydarło się. Między palcami udało mi się zobaczyć pomarańczową maskę, przypominającą piłkę do kosza.
- To po kij na mnie skakałeś? - jęknąłem, krzywiąc się z bólu.
Nagle do mojego pokoju wleciał kolejny osobnik. Wielka muchołówka po obu stronach głowy, małe, żółte oczka i biało-czarna skóra. Wystraszyłem się, nie na żarty, bo to coś zaatakowało mnie w kuchni...
- O, Tobi! Przyjacielu, tutaj się chowasz co?
Nic mu nie zrobimy, prawda?
Oj, no najwyżej zjemy...
Tak, tak!
- Ai, Zetsu-san! - pisnęło, jak mniemam, dziecko i schowało się za moimi plecami. - Nie bij Tobiego! Tobi to grzeczny chłopiec!
- Bo co mi zrobisz? Jesteś tylko małym tchórzem, którego muszę zabić, bo ukradł mi cały stos mięsa! - wydarł się, a ja jakoś zacząłem się śmiać na cały głos. Co jak co, ale o takie rzeczy chyba jeszcze nikt się nie chciał zabijać... - A ty z czego rżysz, smarkaczu?
Gdy gwałtownie podszedł w naszą stronę, Tobi zaczął oznajmiać swój strach, bo trząsł się, jakby miał drgawki. W tym momencie włączyła mi się taka mała, czerwona lampka. Podniosłem się z podłogi i w sumie nic mi to nie dało, bo dalej był wyższy o dwie-trzy głowy. Zasłoniłem zamaskowanego swoim ciałem, chyba uruchomił mi się jakiś instynkt pomocy.
- Z Ciebie, kwiatuszku - mruknąłem w jego stronę - Zachowuj się, jak na członka organizacji przystało i wynoś się z mojego pokoju.
- No popatrzcie, smarkacz broni smarkacza! Może mam znowu zrobić Ci to, co zrobiłem na zebraniu? - oblizał się i, chwytając mnie za ubranie, rzucił moim małym ciałem o ścianę.
Wtem do pomieszczenia wkroczył nasz kochany, wielebny Lider. Jak gdyby nigdy nic, przejechał pięścią po twarzy dwukolorowego, zostawiając na niej dość głębokie wgniecenie. Wytachał go na korytarz, ciągnąc za kołnierz płaszcza. Co z tego, że się dosuł - należało mu się! Nie będzie biednego dziecka straszył.
- Hej, Tobi, tak? Nic Ci nie jest? - przyczołgałem się na czworaka do niego. Chował głowę między kolanami i mruczał coś do siebie. - Zetsu już tutaj nie ma, widzisz?
- Nic wam nie jest, dzieciaki? - uśmiechnął sie lekko w naszą stronę.
- Nie jesteśmy dziećmi, Pein-sama! - pisnął pomarańczowy i, w jednej chwili, wybiegł z pomieszczenia. Popatrzyłem się na to jakoś tak dziwnie, a chwilę później już stałem an nogach.
- Co ty masz takiego w sobie, że od samego początku masz takiego pecha?
- Wrodzona niezdarność i jakaś tam choroba. - machnąłem a to ręką i z ulgą położyłem się na dość wygodnym łóżku. Kątem oka jeszcze zdążyłem zauważyć, jak wielki błąd popełniam. Spod poduszki wystawał kawałek sznurka, a po położeniu tam głowy usłyszałem ciche "klik".
- Nie ruszaj się.
Gdzieś za moimi plecami usłyszałem cichy głos. Rudy położył mi dłoń na ramieniu, w mgnieniu oka teleportując się ze mną na korytarz. W tym momencie rozległ się tak wielki huk, że jakaś lampa, o mało co, nie spadła nam na głowy, ale podpaliła kawałek dywanu. Po chwili ognia już tam nie było, ale pozostał do sprawdzenia mój cichy kąt... Nie, teraz na pewno nie był cichy.
- Czy ta dziewczyna...?
- Właśnie chciała Cię wysadzić. - przytaknął mi okolczykowany, jakby wiedząc, o co w tej chwili spytam.
Po wpadnięciu do środka, zauważyłem, że jej część pokoju była w stanie NIENARUSZONYM. Może ustawiła to tylko na wybuch... Powoli przekroczyłem granicę brudu i znalazłem się w kolorowej stronie. Jak gdyby nigdy nic podpaliłem jej kołdrę, jednocześnie wywalając szafkę na ziemię. Z jednej szuflady wysypały się... gazetki Playboya. O matko, nie pozwolę tak zmarnować tego cudeńka. Chwyciłem je w swoje małe rączki i wymknąłem się z pokoju. Pod drzwiami, a raczej ich okruchami, stał Lider z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Zastanawiam się, gdzie będziecie mieszkać. - mruknął w odpowiedzi na moje niezadane pytanie. - Z tego, co mi wiadomo, Konan ma w swoim pokoju wolne łóżko. Za gabinetem, u mnie, jest taka sama sytuacja...
- Moge mieszkać z tą całą Konan... - nagle oberwałem po głowie z pięści.
- Nawet o tym nie myśl. - warknął na mnie, a chwilę później na jego twarzy zagościł najwredniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. - Ty mieszkasz ze mną. Utrę nosa tej głupiej babie. - ostatnie zdanie wypowiedział ciszej i teleportował nas do, chyba, jego luksusowego apartamentu. Czerwone ściany, czarny dywan, czerwone pościele, czarne meble, czerwone kafelki w łazience, czarne jacuzzi.
- Chyba żartujesz. - popatrzyłem się na niego wielkimi oczami. On tylko mruknął coś, wychodząc do swojego biura. Wepchnąłem gazetki pod jedno łóżko, a sekundę później poczułem morderczą aurę, wchodzącą do środka.
- Espada, trening. - niezapowiedzianym gościem okazał się Uchiha z emanującą od niego chęcią mordu. Jak potulny baranek ruszyłem za nim na pole treningowe.
- No, to na początek 30 okrążeń wokół sali
** kulisy **
Tak bardzo przepraszam, że że nie dodawałam notki! Internet mi wysiadł i nie mogłam D:
Pein: Tak, jasne, bo ci uwierzą =:_;=
Zamknij się, bo Cię przerobię na szynkę...
Konan: Zostaw go ty...! <wnerw>
Orioka: <przeskakuje niebieskowłosej po twarzy> ... krokodylu! xD
Co za tępe robaki... =____=
Sasori: <włazi do pokoju> Asev weź mi to wytłumacz... <podaje mu do łapki Playboya>
Asev: O kurde! Yyy... to Peina! <rzuca liderowi pismem w twarz>
Pein: <wywraca się i zarywa nosem o kant stołu>
Ej, ej! Schodzimy z tematu!
Deidara: To ja to powiem, un! >_< Rozdziały...
Hidan: <włazi do środka> ... będą ukazywać się co 6-7 dni, bo Unateko to pierdoła.
Spadaj >___<
Nie obrażać mi żony =___=
O, Anoiz .___. Co ty robisz za kulisami?
Siedzę ;___; Tęskniłem za Tobą ;______; <rzut na Unę>
Złaź ze mnie, ty padalcu niedorobiony! <zrzuca go z siebie>
Orioka: I tym miłym akcentem kończymy dzisiejsze opowiadanie! <uśmieszek>
Tobi: <wychodzi z kanalizacji>
Orioka: Ale.... Tobi, jak? XD My tu nie mamy kanalizacji ._.
Tobi: Tobi chciał powiedzieć, że musicie komentować dla Tobiego!
Hidan: I wypełniać Ankietę dla Hidana...!
Złaź ;____;
Pein: Dobranoc...!
_____~~~~~_____~~~~~_____
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)