Przeczytałeś? Skomentuj!
~
Wszystkich, którzy nie trawią parodii/dużej ilości emotikon/mojego stylu pisania, bądź nie wiedzą co to jest Naruto i nie chcą wiedzieć, proszę o opuszczenie strony. Nie chcę nieprzyjemności.
UWAGA: Występują wulgaryzmy (pewnie kilka wyrazów), sceny przemocy.
Zachowano pisownię oryginalną.
1.
w kropli krwi moja dusza skąpana
strużką wezbrały na dłoni
świat widziałam zalaną krwią czerwoną
ślepnę powoli krwawe bruzdy na twarzy
zasłaniają kształt świtu
na chwile staje się więźniem własnej słabości
nadzieja rozdarła fałszywy sen
łzy zostały kroplami krwi duszy
*
Drogi, kochany Liderku! 27.04, gdzieś tam w Konoha
Nie wiem, czy ty na łeb upadłeś... Jak tylko wrócę, to nakopię Ci do Twojej, głupiej, żeś mi coś takiego dał. Mam złamaną jedną rękę, przedziurawioną klatkę piersiową, pół wiochy jest rozwalone, bo wymsknęły mi się demony...
Masz pozdrowienia od Tsunade, która już nie żyje. Planują zemstę, także proponuję nic nie robić. Ich sił nawet nie ma, bo ten... wybiłam całe Anbu. I MYLIŁEŚ SIĘ, bo 6-oogoniastego tu NIE MA.
Mam nadzieję zabić Cię w najbliższym czasie, więc nie idź na misję.
~ Twoja ukochana Morderczyni <3
Przywiązałam tą kartkę do nogi jakiegoś gołębia, czy tam wróbla, i wysłałam go w stronę siedziby.
- Co ten debil sobie myślał?! Może najpierw wartoby sprawdzić, czy jinchuuriki tam jest?! Czy tylko ja tu myślę?!
- Kem, nie denerwuj się!-Hidan położył mi rękę na ramieniu. Rękę, bo miał tylko jedną.
- No ale do jasnej cholery utopię go!-wrzasnęłam.
- Nic się przecież nie stało złego.-uśmiechnął się lekko.
-
NIC, tak? Mam złamaną rękę, a ty jej nie masz! Kakuzu guzdra się w
skupie ciał, a ogoniastego nie było w wiosce!-walnęłam zdrową ręką w
jakieś drzewo, które kulturalnie się przepołowiło.
- Niszczysz naturę.-mruknął zamaskowany, który wreszcie raczył przyjść.
- Co Cię tam zatrzymało, staruchu? Jesteś nekrofilem?-zaśmiał się Hidan, przez co dostał po mordzie.
- Zamknijcie się obaj, bo wysadzę wszystko dookoła.-warknęłam na nich, przez co momentalnie uciszyli się.
Popędziłam
przed siebie, na jakąś polanę. Złożyłam jedną ręką pieczęcie i
przywołałam wilka. Tylko dla siebie, rzecz jasna. Jak najszybciej muszę
dostać się do Brzasku, żeby powiedzieć kilka miłych słów, w stronę
rudzielca.
- Młoda czekaj!-wrzasnęli obaj, gdy zniknęłam wśród drzew. Zemsta będzie słodka.
*
- I tak jak Ci mówiłam, Tobiaszku. Wejdziesz tam i pomożesz swojej ukochanej onee-chan!-wepchnęłam mu do rąk różową farbę.
-
Tobi pomoże, Tobi to dobry chłopiec!-wykrzyknął i wbiegł do gabinetu
Peina. Rudy gdzieś wybył, więc zorganizowałam małą zabawę. Nazywa się
ona "malowanie pokoju na różowo ze względem na kolorystykę".
Weszłam
do środka i mimowolnie zaczęłam się śmiać. Połowa ściany i kilka mebli
miały kolor hebanowo-różowo-papierowy. Dużo dokumentów było ufajdanych
ubłoconymi butami Tobiego, no ale nie musiały leżeć na podłodze!
- Oby tak dalej, Tobi! Oby tak dalej...!
2.
Hej, hej, hej!
Zdaje sobie sprawę, że pewnie nie wiecie, kim jestem. Może opowiem coś o sobie, a wy... To drugie sobie odrzucimy.
Mam na imię Kem i mam siedemnaście lat. Pochodzę z innego wymiaru, ale historię, jak się tu znalazłam, mogę wam ładnie streścić. A więc...
Wracałam sobie z treningu tenisa.
Gdy podchodziłam pod swój dom, usłyszałam szelest w krzakach. Powoli odwróciłam się i ujrzałam... lisa. Zdziwiłam się, bo przecież była zima. Podeszłam do niego i nagle ziemia zaczęła się zapadać.
Próbowałam wstać, bo oczywiście wywaliłam się. Szybko biegłam w stronę domu, ale ten zaczął się oddalać. Nie wiedziałam co się dzieje. Zaczęłam się rozglądać za jakąś deską ratunku. Po chwili czułam, że lecę i ogarnęła mnie ciemność...
Leciałam i leciałam. Wspominałam, że leciałam? Nagle poczułam, że moim zadkiem o coś uderzyłam. Było to biurko, które rozpołowiło się pod siłą moich zgrabnych pośladków. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu zawalonym papierami. Odwróciłam się, aby zobaczyć jak duże są zniszczenia i zauważyłam jakiegoś chłopaka siedzącego na fotelu, patrzącego na mnie nieco zszokowanym wzrokiem. W ręce trzymał długopis. Popatrzyłam pod siebie zauważyłam, że siedzę na papierach.
Pośpiesznie wstałam i otrzepałam się z kurzu. Chłopak nie mógł wyjść z zaskoczenia.
Możnaby długo opowiadać, ale jestem leniem.
co do mojego wyglądu... Mam długie, niebieskie włosy i tego samego koloru oczy. Moim Kekkei Genkai jest Kopī-me, wyglądający jak połączenie Sharingana i Rinnengana. Według mnie jego jedynym, porządnym zastosowaniem jest rozwalanie wszystkiego dookoła. Cóż... mogę nim tez kopiować techniki i inne przydatne umiejętności.
Z tego co tu napisałam wynika, że jestem zajebista, ale nieee! Natura nie obdarzyła mnie porządnym ciałem. Nie potrafię walczyć, co strasznie utrudnia walki. Nawet Pein nie jest w stanie mi tego wrzucić do mózgu.
Dobrze, nie przerywam już czytania, chociaż niewiele tego zostało.
*
- Haloo?!-ktoś uporczywie machał mi ręką przed twarzą.
- Czego?-jęknęłam i chwyciłam się za głowę.
- Dobrze się czujesz?-spytał Zetsu, gdzieś z tyłu.
- Nie.-mruknęlam i zemdlałam.
Kocham wyciągać i pieczętować demony, po prostu kocham!
3.
2.
- Jak to
rozwaliłaś statuę?!-ryknął na mnie rudy.
- Po cholerę
Wam była, skoro to ja jestem głównym jinchuurikim?!-syknęłam na
niego i wbiłam mu palec w tors.- Nie kłóć się ze mną,
wiewiórko.
- Jeszcze raz
mnie tak nazwij...
- To
co?-zaśmiałam się.
- To.-przytulił
mnie z głupią miną.- Nie mów tak do mnie, dobrze?
Z satysfakcją wymalowaną na tej
okolczykowanej twarzy wyszedł z pomieszczenia. Popatrzyłam się na
niego, jak na idiotę, którym niezaprzeczalnie był. Nie wiedział
nawet, że przykleiłam mu małego pajączka do płaszcza...
- Kopī-me:
Katsu!-mruknęłam i z korytarza dopadł mnie wielki wybuch, a
później wrzask.
Z chichotem uaktywniłam chakrę Shukaku,
którą skumulowałam w stopach. Czym prędzej wybiegłam wyjściem
bocznym na polanę i wpadłam na Hidana, tego zboczonego idiotę.
- Jak łazisz,
gówniaro?!-ryknął na mnie, a ja zalepiłam mu usta gliną, którą
wyciągnęłam z małej torby, przewieszonej przez moje ramię.
- Jeszcze raz
mnie tak nazwiesz, a ona wybuchnie.-syknęłam, na co chłopak nieźle
się wystraszył. Jego towarzysz, Kakuzu, trzepnął go w głowę.
Białowłosy wypluł ta papkę i zaczął się krztusić.
- Skąd
idziecie, Papa?-spytałam zamaskowanego.
- Nie mów tak
do mnie.-jęknął- Z Iwa-gakure. Przynieśliśmy czteroogoniastego.
Nawet nie wiesz, jaki był upierdliwy.
- Jak ten
tu?-wskazałam palcem na tego imbecyla, który nie mógł wypluć
masy.
-
Mniej.-powiedział i wszedł do siedziby. Teraz zauważyłam, że
ciągnął za sobą jakiegoś człowieka. Szkoda go, ale przynajmniej
będzie na marionetkę dla Sasoriego.
- Kiedy go
wyciągamy?-spytałam Hidana.
- Za chwilę.
Lider chciał to zrobić jak najszybciej.-warknął na mnie i ruszył
za Kakuzu. Poszłam za nim, z braku lepszych zajęć i tego, że
muszę tam być.
- Ohayo
Pein-san!-wrzasnęłam do rudego, który popatrzył się na mnie z
wielką chęcią mordu.
- Stawaj
tam.-pokazał mi palcem moje miejsce.
- A nie mogę
sama wyciągnąć demona?-spytałam cicho?
- Nie!-wszyscy
jak jeden mąż ryknęli na mnie.
-
Doshite?!-pisnęłam i tupnęłam nogą ze złości.
- Ostatnio
rozwaliłaś pół siedziby, kiedy pieczętowałaś Nibiego!-syknął
Sasori.
- To był tylko
jeden raz...!
- ...I 4 dni
roboty.-powiedział spokojnie Itachi.
- No
dobra...-stanęłam w wyznaczonym miejscu i oddałam się w ręce
bogów, którymi nie byli.
*Hej, hej, hej!
Zdaje sobie sprawę, że pewnie nie wiecie, kim jestem. Może opowiem coś o sobie, a wy... To drugie sobie odrzucimy.
Mam na imię Kem i mam siedemnaście lat. Pochodzę z innego wymiaru, ale historię, jak się tu znalazłam, mogę wam ładnie streścić. A więc...
Wracałam sobie z treningu tenisa.
Gdy podchodziłam pod swój dom, usłyszałam szelest w krzakach. Powoli odwróciłam się i ujrzałam... lisa. Zdziwiłam się, bo przecież była zima. Podeszłam do niego i nagle ziemia zaczęła się zapadać.
Próbowałam wstać, bo oczywiście wywaliłam się. Szybko biegłam w stronę domu, ale ten zaczął się oddalać. Nie wiedziałam co się dzieje. Zaczęłam się rozglądać za jakąś deską ratunku. Po chwili czułam, że lecę i ogarnęła mnie ciemność...
Leciałam i leciałam. Wspominałam, że leciałam? Nagle poczułam, że moim zadkiem o coś uderzyłam. Było to biurko, które rozpołowiło się pod siłą moich zgrabnych pośladków. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu zawalonym papierami. Odwróciłam się, aby zobaczyć jak duże są zniszczenia i zauważyłam jakiegoś chłopaka siedzącego na fotelu, patrzącego na mnie nieco zszokowanym wzrokiem. W ręce trzymał długopis. Popatrzyłam pod siebie zauważyłam, że siedzę na papierach.
Pośpiesznie wstałam i otrzepałam się z kurzu. Chłopak nie mógł wyjść z zaskoczenia.
-
Przepraszam, że tak rozwaliłam biurko, ale zazwyczaj nie wpadam w
jakieś teleporty...
Możnaby długo opowiadać, ale jestem leniem.
co do mojego wyglądu... Mam długie, niebieskie włosy i tego samego koloru oczy. Moim Kekkei Genkai jest Kopī-me, wyglądający jak połączenie Sharingana i Rinnengana. Według mnie jego jedynym, porządnym zastosowaniem jest rozwalanie wszystkiego dookoła. Cóż... mogę nim tez kopiować techniki i inne przydatne umiejętności.
Z tego co tu napisałam wynika, że jestem zajebista, ale nieee! Natura nie obdarzyła mnie porządnym ciałem. Nie potrafię walczyć, co strasznie utrudnia walki. Nawet Pein nie jest w stanie mi tego wrzucić do mózgu.
Dobrze, nie przerywam już czytania, chociaż niewiele tego zostało.
*
- Haloo?!-ktoś uporczywie machał mi ręką przed twarzą.
- Czego?-jęknęłam i chwyciłam się za głowę.
- Dobrze się czujesz?-spytał Zetsu, gdzieś z tyłu.
- Nie.-mruknęlam i zemdlałam.
Kocham wyciągać i pieczętować demony, po prostu kocham!
3.
- Nie! Zostaw mnie!
- Dlaczego?
- Przestań! T-to boli...
- Kisame wyłącz ten film.-jęknęłam i wtuliłam twarz w jego ramię.
Aktualnie
mieliśmy jakiś seans, więc cała nasza ekipa siedziała w salonie. Kanapa
uginała się pod grubością niektórych osób (czyt. Hidan), a tak poza tym
to było tu mało miejsca.
- Boisz się?-prychnął Sasori, gdzieś z podłogi.
- Tak, Saso-chan!-pisnęłam i okryłam się kocem.
- To nawet nie jest horror.-powiedział Pein gdzieś obok mojego ucha, na co przestraszona pisnęłam i spadłam na lalkarza.
- Co robisz, głupia?-warknął czerwonowłosy, zrzucając mnie z siebie.
- Lecę na Ciebie.-odpowiedziałam zgodnie z prawdą i wróciłam na swoje miejsce.
- Jesteś idiotką.-stwierdził.
- Powiedział Sasori.-prychnęłam, a przy okazji kopnęłam go w głowę.
- Zaraz Cię zabiję.-wstał zdenerwowany ze swojego miejsca.
- Siadaj, gówniarzu. Mam cztery demony i nie zawaham się ich użyć.-zabrałam od Hidana michę z popcornem.
- To moje.-powiedział bez emocji.
- Już nie.-pokazałam mu język, zaczęłam zajadać.-Tfu, ile soli!-mruknęłam z niesmakiem i wyplułam to coś na Hidana.
- Co Ci znowu odpierdala?!-krzyknął na mnie i otarł sobie twarz.
- Po prostu Cię nie lubię. Zrozum to, dzieciaku.
- Jesteś ode mnie młodsza!-powiedział lekko zrezygnowany.
- Wisi mi to.-słysząc jakiś krzyk, dochodzący z telewizora, wrzasnęłam i wybiegłam z salonu.
- Hej, czekaj!-usłyszałam jakiś głos za sobą i odwróciłam się.
- Nie oglądam tego. Jest za straszne, Otsu-chan!
- Dziwna jesteś. Tak poza tym, to Pein kazał przekacać Ci to.-podała mi jakieś papiery.
- Misja?-popatrzyłam się na krajobraz za oknem.- śnieg pada!
- Będziesz mogla ulepić jakieś bałwanki, czy coś.-uśmiechnęła się lekko i zniknęła za rogiem.
Czym
prędzej pobiegłam do swojego pokoju. Po drodze wywaliłam się kilka
razy, ale możemy to spokojnie pominąć. Spakowałam najpotrzebniejsze
rzeczy, czyli bandaże, broń i prowiant. Do jakiejś bocznej kieszeni
włożylam portfel, cały wypchany pieniędzmi.
- Kawaii-chan!-usłyszałam pisk i zostałam powalona na ziemię.
- Tobi-kun zejdź ze mnie, proszę!-jęknęłam z bólu i zrzuciłam go siebie.
- Gdzie Kem-nee-chan idzie?-spytał piłko-do-koszykówki-chłopiec.
- Na misję.-powiedziałam cicho.
- Tobi to dobry chłopiec! Tobi idzie z nee-chan! Armio kucyków pony, łączmy się!
4.
4.
Drogi Liderku!
Od
kilku godzin jestem w drodze do naszej siedziby. Aktualnie wracam z
Hanem, tym jinchuurikim, na plecach. Złamałam sobie nadgarstek, ale
chakra demonów powoli mi pomaga. Przyślij mi kogoś do pomocy, bo nie mam
już siły.
-Kem.
Itachi jest w drodze.
Pein.
|
Kopnęłam jakiś kamień, leżący na drodze. Lepiej być nie mogło, przyjdzie do mnie Uchiha.
- Itachi?
Krzyknęłam, po czym ruszyłam w dalszą drogę. To bez sensu… Ochoczo
umieściłam swój tyłek na jakimś głazie i położyłam obok tego mężczyznę.
Po kilku minutach mojego wywijania nogami, zjawił się Itachi.
- Co tak długo?
Jak
zwykle mi nie odpowiedział. Wziął ciało i przełożył je sobie przez
bark. Zsunęłam się z kamienia, a po chwili razem wyruszyliśmy.
- Mogę chakry?
Chyba
nie mam co czekać na odpowiedź. Przyłożyłam swój palec do jego ręki i
zabrałam sobie trochę. Złożyłam pieczęcie potrzebne do przywołania,
uderzając otwartą dłonią w podłoże. Przede mną pojawił się dość duży lis
z dwoma ogonami. Bez zbędnych ceregieli usiadłam na nim, a Itachi
położył jiinchuurikiego tuż za moimi plecami.
-
Ruszaj do siedziby. Muszę coś jeszcze załatwić.-odezwał się do mnie
chłopak, za chwilę znikając między roślinnością. Pstryknęłam liska w
ucho, na co ten ruszył. Musiałam przytrzymać się mojego towarzysza, bo
był tak gruby, że nawet się nie przesunął. Po kilku minutach dotarliśmy
na miejsce. Z ulgą zsiadłam ze zwierzęcia i chwyciłam Hana za frak.
Pociągnęłam go po ziemi, do samego gabinetu Lidera.
- O-ha-yo!~
Już
na samym wejściu nie wytrzymałam i rzuciłam w tą debilkę książką. Konan
oberwała w samą twarz, osuwając się po ziemi. Chwyciłam ją za płaszcz i
zamaszystym ruchem wywaliłam za okno. Wnerwiona popatrzyłam na Peina,
który trzymał ręce w geście pokoju.
- Kiedyś Ci zrobię tak samo. Ona ma TU NIE WCHODZIĆ, kapiszi?-syknęłam na niego.
- Zazdrosna jesteś?-zaśmiał się.
-
Tak, jestem.-prychnęłam z sarkazmem- Nie chcę małych gówniarzy,
latających po organizacji. Poza tym… za młody jesteś na dzieci.
- Mówisz tak, bo jesteś nieśmiertelna.-powiedział cicho i odwrócił wzrok.
- To nie ma nic do rzeczy.-westchnęłam.
- Możliwe… Dobra, zanieś to chuchro do Sali pieczętowania.
-
Tak jest, panie komisarzu!-krzyknęłam ochoczo i wytargałam
jiinchuurikiego z gabinetu. Wrzuciłam go na sam środek Sali, po czy
wróciłam do pomieszczenia.
- Coś się ciekawego działo?-spytał jeszcze rudy i zaczął wypełniać papiery.
-
Jak już Ci napisałam, to mam coś z nadgarstkiem, zgubiłam gdzieś
kawałek mięśnia z lewej łydki, skończyły mi się kunaie i oderwałam ogon
demonowi.
- Dużo tego… Przecież ty nie kulejesz.-zauważył i popatrzył się w moje oczy.-Nie okłamujesz mnie?
-
Nie.-odchyliłam spodnie, pod którymi była wielka dziura z krwią i
żyłami, a w środek były wbite kawałki metali.-Zastopowałam miejsca
czuciowe.
- Że co? Z tego co wiem, czegoś takiego nie ma.-zmrużył oczy.
- Jaki ty jesteś tępy… Nie będę objaśniać Ci całęj biologii, bo zemdlejesz.-uśmiechnęłam się lekko.-Mogę już iść? Głodna jestem…
- Możesz.-stanęłam w drzwiach- Tylko uważaj, Deidara gotował i wysadził kuchnię.
Jak
na zawołanie strzeliłam sobie facepalma i wybiegłam z gabinetu i pędem
udałam się do kuchni. Na progu wyrżnęłam w jakąś dziurę.
- Deidara co to jest?!
Wydarłam się chyba na całą siedzibę. Po chwili ten durny artysta wbiegł do środka, przy okazji kalecząc sobie twarz.
- Naprawiaj to, wredny, ludzki pomiocie!
Wydarłam się na niego i mocno trzasnęłam w czaszkę. Co on sobie myślał?!
- Wybacz Kemi-san, un!
- Gdzie ja będę moje płatki przyrządzać?!
- To wina Hidana, un!
-
Jak to Hidana?! Ty tutaj siedziałeś i gotowałeś, tak?! Rudy mi to
powiedział. Teraz bardzo grzecznie weźmiesz swoją glinę, miotły, płytki i
jakiś beton ze schowka. Naprawisz ta podłogę, a ja chętnie na to
popatrzę.
Biedaczek wyszedł z „kuchni”, a ja z wesołą miną ustawiłam sobie krzesełko. W końcu będzie można odpocząć!
_____~~~~~_____~~~~~_____
Przeczytałeś? Skomentuj!
Przeczytałeś? Skomentuj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)