~ w tekście użyto: Mieczysław Fogg - "Ostatnia niedziela" (fragm.)
______________________________________
Biała apaszka
______________________________________
O poranku wyruszyliśmy za Mur. Po tak długim okresie czasu w tej zapchlonej dziurze poczułem radość. Chęć poznania tego świata zalewała mnie ze wszystkich stron. Radość, która zaczynała się gdzieś w sercu, rozprzestrzeniała przez malutkie żyłki po całym ciele, poprzez motyle w brzuchu, kończąc na wydychanym powietrzu. Wszystko było tak piękne, jak zapamiętałem. Słońce wciąż świeciło pełnią siebie, ptaki na samotnych drzewach śpiewały swoje małe utwory w stronę nieba, a w powietrzu rozchodził się delikatny zapach mokrej trawy.
Popatrzyłem ukradkiem na swojego... nie, to złe słowo... naszego Kaprala. Jak zwykle dumny, perfekcyjnie ubrany siedział na swoim brązowym wierzchowcu, jego zielony płaszcz Zwiadowców powiewał delikatnie na równi z białą apaszką, którą zawsze wiązał pod szyją. Wiatr rozwiewał mu włosy w każdym kierunku świata, kierując je wprost na oczy, delikatne policzki, czarne, trzepoczące rzęsy. Zganiłem się w myślach, gdy jego wzrok zwrócił się ku mnie.
Uśmiechnąłem się do niego delikatnie, a jego srebrzyste oczy zdawały się pochłaniać moje w każdym calu.
To ostatnia niedziela.
Po moim prawym boku jechał rozgadany Eren, jak zawsze w świetnym humorze. Twarz rozświetlona przez promienie słoneczne, właśnie-wstałem-z-łóżka rozczochrana głowa i postawa mówiąca "hej, to piękny dzień na odbicie świata". Szerokim uśmiechem od ucha do ucha zdawał się podwyższać morale kompanów, jak i wesołymi historiami opowiadanymi głośnym tonem, zdaje się, w moją stronę. Nie wiem, przez chwilę go nie słuchałem.
W tym momencie liczył się dla mnie tylko ten lekki uśmiech, który posłał mi Levi. Uśmiech przeznaczony dla mnie. Na zawsze.
Zaczęła się jazda.
Godziny później byliśmy zmęczeni wszechogarniającą nas pogodą. Było zdecydowanie za ciepło. W tym czasie napatoczyło się tylko kilka normalnych i jeden zbłąkany tytan, dodatkowo nie o pełnych zmysłach, Wydawał się wskazywać jedynym nieobgryzionym z głodu palcem w stronę dalekiego horyzontu, a jego niezrozumiały bełkot... jakby uporczywie chciał nam coś przekazać? Ostrzec nas? Delikatnie spróbowałem przekazać to Oluo, który akurat stał najbliżej. Zbył mnie, jak gdyby nigdy nic, mówiąc: "Tytani nie gadają, durniu". Zaryzykowałem spojrzenie na zamyślonego Kaprala, który nieznacznie kiwnął głową w moją stronę. Przynajmniej on mnie tutaj czasem słucha.
"Ferreus, jedź pierwszy."
Znowu ruszyliśmy. Na początku ja, Kapral i Petra na przodzie, Eren z obu stron osłaniany przez Gunthera i Oluo, a Eld na samym tyle zamykał nasz szyk. Przez chwilę wydawało mi się, że poza dudnieniem końskich kopyt o suche podłoże, słychać coś jeszcze, jakiś... daleki, regularny stukot. Dziwne.
Zignorowałem to na dłuższy czas, ale gdy nagle czarne flary zamigotały na niebie, ta jedna natrętna myśl wróciła. Musiało stać się coś poważnego... kolejny odmieniec?
dzisiaj się rozstaniemy,
Gdzieś w zasięgu mojego wzroku znalazła się mała, wnerwiająca czarna plamka, zasłonięta zaraz przez kolosalne drzewa na naszej drodze. Wjechaliśmy do gigantycznego lasu. Lasu z roślinami gotowymi sięgnąć liśćmi po gwiazdy, które bezchmurnymi nocami pojawiają się na niebie. W powietrzu zapachniało świerkiem, ciepłem, a nawet małym domkiem w górach, w którym kiedyś mieszkałem... Nie dałem się jednak zmylić tymi przychodzącymi na myśl wspomnieniami. Dawno je porzuciłem.
W którymś momencie jazdy po naszej lewej stronie zza drzew wyłonił się tytan, a chwilę później leżał rozpłaszczony, przytulając ziemię z bliska. Ackerman z sarkastycznym uśmieszkiem pojawił się obok mnie, strzepując z ostrza flaki pokonanego potwora. Powoli sięgnąłem w stronę jego twarzy, delikatnie ścierając z bladego policzka plamę krwi, wnętrzności, cokolwiek - wiedziałem, jak Ackerman nienawidził brudu...
Niemal natychmiast spostrzegłem swój błąd, gdy popatrzył na mnie z tym swoim ostrzegawczym ogniem w stalowych oczach. To nie był czas na bawienie się w rodzinę.
Po chwili przywróciliśmy do życia szybkie tempo, które, nie wiedząc kiedy, rzuciliśmy gdzieś w czasie wjazdu między gigantyczne konary. Dudnienie z wcześniej zbliżało się do nas coraz bardziej, brzmiało, jak takie małe
tup
tup
tup
tup
tup,
które robi małe dziecko, gdy uczy się chodzić. Uśmiechnąłem się lekko, na chwilę pozostając we własnych wspomnieniach.
I wtedy zaczęła się istna parodia.
Przez cichy szum lasu przedarł się przeraźliwy wrzask. Wrzask konającego człowieka.
Jedno porozumiewawcze spojrzenie między nami - wiedzieliśmy co się kroi. Z małej, dotychczas rozpierzchniętej grupki, wróciliśmy do szyku trenowanego przecież przez tyle miesięcy - niektórzy nawet i lata spędzili na przygotowaniach do tego momentu. Oddział Specjalny. Najlepsi z najlepszych. Nie tak łatwo będzie nas pokonać.
Kolejne krzyki towarzyszy broni rozbrzmiewały w okolicy, jak niechciane echo - cały czas powracały. Mogłem tylko zastanawiać się nad tym, co było ich przyczyną. Kolejny odmieniec? Zwykły tytan? Przecież każdy normalny człowiek pokona jednego, zbłąkanego tytana.
Moje rozważania przerwał widok... widok cienia zza drzew. Miałem złe przeczucie. Cholernie. W tamtej chwili to dostrzegłem. A raczej ją. Wielką, potworna postać. Ze trzydzieści- może więcej metrów. Poruszała się jak wypuszczona strzała z łuku - z gracją, ale zabójczą. Jej wzrok spoczął w moich okolicach, albo raczej na postaci za mną. Odwróciłem się, dostając olśnienia i krzycząc jedno słowo.
"Eren!"
Reszta działa się stanowczo za szybko. W mgnieniu oka blondwłosy, okazało się z bliska, tytan rzucił się w naszą stronę. Levi szybko machnął mi dłonią. Rozdzieliliśmy się...
dzisiaj się rozejdziemy
Wszyscy zarzuciliśmy na głowy zwiadowcze kaptury, haki wystrzeliły, zerwaliśmy się w górę. Miło było znowu poczuć niezły kop adrenaliny. Kolejne gałęzie kolosów znikały daleko za nami, a trzęsące ziemią tąpnięcia pojawiały się bliżej, coraz bliżej, prawie, prawie tuż tuż.
Uśmiechnąłem się szyderczo pod nosem. Widać było, że ten tytan to istota inteligentna, w sposób jaki się poruszała... a nie zauważyła nawet, że dwoje najważniejszych osób z naszego Oddziału Specjalnego zniknęło gdzieś w gąszczu drzew. Tch.
"Pokażmy jej, kto tu rządzi!" usłyszałem obok siebie krzyk Elda.
'Pozbyć się natręta i z głowy' - tak mawiał Gunther. Mawiał.
Zanim wszyscy zdążyliśmy się dobrze zorientować w nadchodzącej nieubłaganie sytuacji, spomiędzy drzew sięgnęła po niego gigantyczna, umięśniona ręka. Stało się to tak szybko, że ledwie zobaczyłem to kątem oka. Wrzask, jaki po tym nastąpił, do końca życia zakotwiczył się gdzieś w zakątku mojego umysłu. Patrzyłem jeszcze w locie, jak kości mojego kompana, ba, przyjaciela, wyginają się w nienaturalny sposób, a oczy wyglądają, jakby miały wyjść... nie, w ciągu chwili wystrzeliwują na wierzch. Między palcami ogromnej postaci wypłynęła mieszanina zmiażdżonych kości, flaków, zawartości jelit, pozostałość po członku z mojej drużyny.
Zadrżał mi głos, a miałem tylko dopowiedzieć "dowalmy skurwysynom". Tyle. Zamiast tego wydostał się szloch - szloch przestraszonego dziecka.
Parliśmy do przodu, a właściwie staraliśmy się. Przez te kilka sekund, kiedy tytan zajął się Guntherem, po prostu uciekliśmy trochę dalej. Sytuacja wyglądała źle. Ja - strach w oczach, Petra - łzy, Oluo w roztrzęsieniu. Jedynie Eld miał cały czas zaciętą minę, może dlatego Ackerman mianował go swoim zastępcą.
Ackerman. Levi. Levi... Nie umrę tutaj.
Nie było więcej czasu. Odwróciliśmy się. Kontratakowaliśmy.
na wieczny czas.
Pierwsze w ruch poszły zabawki Elda. Wielką widoczną nam przestrzeń przykrył dym z bomb dymnych, które właśnie nosił na takie okazje ze sobą. Tyle razy z tym ćwiczyliśmy... Zawsze było perfekcyjnie, ale też zawsze były to tylko ćwiczenia. Mogliśmy się tylko domyślać, że nie będzie tak łatwo, jak wtedy.
Gdy rozsierdzona postać wpadła w dym, jako pierwszy do przodu ruszył Eld. Zaczął odwracać uwagę potwora, co - o dziwo - osiągnęło pozytywne skutki. W połączeniu z wściekle denerwującym dymem tytan wydawał się całkowicie zdezorientowany. Kolejny sukces, uśmiechnąłem się lekko do siebie. W ciągu sekundy w ruch ruszyła Petra, a ja tuż za nią. We dwójkę podcięliśmy ręce blondwłosej w taki sposób, aby uszkodzić jak najwięcej mięśni i najważniejsze ścięgna - ręce są najgorszym zagrożeniem ze strony tytana... zaraz po gigantycznych szczękach oczywiście.
Kolejnym atakiem Eld i rudowłosa załatwili jej oczy. Widziałem to dokładnie z góry i uniosłem miecze na kolejny atak.
Już miałem szykować się do przecięcia karku potwora, gdy nagle część ciała zastępcy Kaprala znalazły się w szczękach tytana. Nim zareagowałem, na jeszcze pokrytej rosą trawie leżały pogryzione, wyplute zwłoki. Brązowe oczy patrzyły na nas z przerażeniem.
Czując w sobie przypływ złości rzuciłem się w obroty, spadałem w dół, prosto na kark monstrum. Już prawie byłem tam, centymetry dzieliły mnie od przecięcia powierzchni, gdy coś chwyciło mnie za nogę. Popatrzyłem tam oniemiały i w sekundzie leciałem prosto na drzewo. Chyba uderzyłem głową w jakąś gałąź, bo mnie otumaniło. To nawet mało powiedziane. Nie pomagał też fakt, że wydawało mi się, jakby żebra były złamane i wbijały się w moje w płuca. Przed moimi oczami ciemniało z sekundy na sekundę. Siły starczyło mi tylko na mały, sarkastyczny uśmiech. Nie ma to, jak umrzeć w trakcie walki, pomyślałem. Dalej słyszałem już tylko dwa niekończące się wrzaski.
I głośny ryk kilka chwil później.
A może tylko mi się wydawało...?
To ostatnia niedziela, więc nie żałuj jej dla mnie,
Na pewno wydawało mi się, że widzę parę przepięknych oczu.
Niebieskie oczy tytana, który zmiażdżył nas wszystkich.
Ostatni raz spojrzały na mnie ze smutkiem.
I później zniknęły.
Gdzie się podziały te oczy?
Te oczy zniknęły.
Na zawsze.
spojrzyj czule dziś na mnie ostatni raz.
Ach, nie!
Myliłem się.
Oczy wróciły.
Ale to nie te same oczy.
Nie, to nie są te wielkie, niebieskie oczy.
To perfekcyjne szare oczy.
Szare jak stal.
Czyje to oczy?
Patrzą na mnie.
Patrzą z... miłością?
Ale nagle...
Patrzą ze smutkiem?
Czuję coś na twarzy.
Coś mokrego...
Och, czemu te piękne oczy płaczą?
Przecież nic się stało.
Tutaj jest tak ciepło.
Jest tak pięknie.
Prawdziwe marzenie.
Tak jak zawsze chciałem.
To ostatnia niedziela, moje sny wymarzone,
Już wiem, czyje są te oczy.
Levi.
Ale co to?
Znikasz Levi.
Znikają te szare oczy.
Powoli odpływam, a oczy...
Zastąpione przez coś białego.
Nic nie widzę...
To pachnie Tobą...
Czy to...?
Twoja apaszka?
szczęście tak upragnione skończyło się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dawaj, dawaj! To nic nie kosztuje! ~Teraźniejsza :)